Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!

Komentarze Grzegorz Duda

  • @Stan Tymiński
    Szanowny Panie Tymiński,

    popularne przysłowie mówi, że historia lubi zataczać koła. Pan też swego czasu próbował przebić się z pewną prawdą. Też zarzucano Panu „sianie nienawiści” i „niszczenie ludzi” (tych z układu) oraz „niekoleżeńskość” i ogólną „niesympatyczność”, bo są to nośne hasła oddziałujące na emocje tłumu, kiedy już zabrakło innych argumentów. Tak jak obecnie zignorował Pan moją ofertę skontaktowania Pana z ludźmi poszkodowanymi przez p. Sobczaka, tak samo media w Polsce nie były zainteresowane Pana dowodami, a z Pana teczki uczyniły idiotyczny symbol. Tak samo jak zawiedli przestraszeni wyborcy, tak samo z niewiadomych mi względów milczą osoby, które miałyby w tym zakresie więcej do powiedzenia niż ja, bądź – jeśli się wypowiadają, robią to tchórzliwie - pod pseudonimem.

    Odrzucenie przez Pana relacji świadków uważam za karygodne i stawiające pod znakiem zapytania szczerość pańskich intencji. Dla mnie prawda jest na pierwszym miejscu, dla Pana - co…? Naprawdę przykro mi to powiedzieć, ale nie żałuję, że nie został Pan wtedy prezydentem, bo – podobnie jak „oni” - też ma Pan skłonność do tworzenia koteryjnych układów, więc chyba jednak wszystko zostałoby po staremu.

    Jeśli chodzi o pomyje, które wylądowały na głowie p. Sobczaka, to są one jego własnej produkcji, ja tylko odwróciłem kierunek ich lotu: zamiast jak zwykle na głowach innych ludzi, niedoinformowanych i chorych, tym razem wylądowały na jego własnej. Z tego, co mi wiadomo, dla p. Sobczaka nie jest to nowością.

    Muszę powiedzieć, że frapuje mnie Pański system wartości: to, że ktoś jest „pełen pomysłów” wydaje się usprawiedliwiać w Pana oczach to, że żeruje na nieuleczalnie chorych. Rzeczywiście, mówimy bardzo różnymi językami, bo dla mnie to ostatnie jest rzeczą ohydną i niemożliwą do usprawiedliwienia.

    Oczywiście, wiem, że życie w Peru nie jest łatwe. Jednak na pewno, jako przyjaciel p. Sobczaka wie Pan, że otrzymuje on ze Stanów Zjednoczonych emeryturę, niewielką jak na warunki USA, ale całkiem wystarczającą na przeżycie w warunkach peruwiańskich. Poza tym jest zamożnym człowiekiem biorąc pod uwagę stan posiadania. Jest więc zabezpieczony finansowo i nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia dla tego, co robi.

    Co do listów od oburzonych Polaków, domyślam się, że wszystkie były napisane tą samą, równie fascynującą polszczyzną...

    Jeśli chodzi o „paszkwil” z „niespotykaną nienawiścią”, proszę jeszcze raz przeczytać list Mietka, o przepraszam, „Richarda z Waterloo”…

    Co do sprostowania informacji z artykułu – no problem, you’re welcome…

    Mimo wszystko, pozdrawiam Pana i życzę miłego pobytu u p. Mietka.
    Z Polski przez Amerykę do raju w Peru
  • Czy tytuł jest konieczny?
    Panie Tymiński, mam pytanie. Czy dobrze rozumiem, że zamieszcza Pan pod własnym nickiem tekst innej osoby, w dodatku takiej, której Pan osobiście nie zna (wskazują na to słowa: "Ja mieszkam w Waterloo i jestem z Mieciem niemal codziennie na skype")? Czy nie wydaje się Panu, że tekst jest rażąco stronniczy, jego język prymitywny, wręcz plugawy i zupełnie brak w nim jakichkolwiek racjonalnych argumentów oraz zdrowego polemicznego odniesienia do podanych przeze mnie faktów? Czy nie przypomina to Panu bełkotu pijaka? Czy nie zapala się w Panu lampka ostrzegawcza na lizusowski ton („Szczerze oddany 'Panu Prezydentowi […]”) od nieznanego Panu człowieka, który jednocześnie czegoś od Pana chce? Czy wierzy Pan we wspomniane "problemy z zalogowaniem"? Co tak naprawdę próbuje przekazać autor tekstu? "Niegodziwiec szkaluje wielkiego rodaka?" „Szkalowanie świętości...” „Rozbijanie polonii” etc.? Czy nie jest to dziki wrzask, obliczony na zalanie emocjami i stłumienie rozumu? A może ten tekst jest bardziej wystudiowany niż się pozornie wydaje i jego celem jest utopić niewygodną sprawę w wiadrze łajna, nie dopuścić do racjonalnej dyskusji i zniechęcić czytających do śledzenia tego wątku?

    Od kogo pochodzi ten wrzask? Tekst komentarza jest bardzo chaotyczny i nawet trudno jest ustalić autora, bo obok „Richarda z Waterloo” bez żadnego wyraźnego związku pojawia się także nazwisko „Robert Wagner”. Zakładam jednak, że autorem jest „Richard z Waterloo". Czy poprosił Pan o nazwisko, czy sprawdził Pan tożsamość tej osoby w dostępnych przez Internet bazach danych, jak Facebook, czy osobiście porozmawiał choćby przez Skype'a, poprosił o zeskanowany ID, sprawdził czy ID rzeczywiście istnieje w kanadyjskiej bazie danych osobowych, czy numer telefonu istnieje w White Pages?

    A tak w ogóle, nawet jeśli "Richard z Waterloo" rzeczywiście istnieje, to jaką realną wartość ma jego wypowiedź? Na jakiej podstawie na końcu stwierdza, że "TO SA TYLKO TEGO PANA TEORIE I WYDUMANE INSYNUACJE", jeśli nie był tu na miejscu, kiedy działy się wydarzenia, o których opowiadam? Jakie ma prawo, żeby zaprzeczać mojemu świadectwu? Przecież w najlepszym wypadku, jeśli ta osoba rzeczywiście istnieje i jest wielkim przyjacielem Mietka, mógłby co najwyżej powiedzieć: "Znam Mietka od lat i jestem przekonany, że - pod warunkiem, iż nie zmienił się od czasu, kiedy wyjechał do Peru - nie byłby zdolny do czynów opisanych w komentarzu p. Grzegorza Dudy". Takie stwierdzenie miałoby jakąś wartość - nawet dla mnie, bo byłoby świadectwem tego, że Mietek kiedyś nie był taki jak obecnie i istnieją ludzie, którzy go lubią, cenią i są skłonni go bronić.

    Poza tym, do jakiego „wybaczenia” namawia mnie autor tekstu, jeśli wszystko to tylko moje wymysły? Przecież jeśli to tylko wymysły, a opisane przeze mnie zdarzenia nigdy nie miały miejsca, to jakie wyrządzone mi krzywdy miałbym Mietkowi wybaczać? Zaiste, ten tekst jest prawdziwym bełkotem chorego człowieka i nie ma sensu poświęcać mu więcej czasu.

    Jeśli o mnie chodzi, jestem znaną Mietkowi, realnie istniejącą osobą, która opisuje realne wydarzenia. Motywem, dla którego to robię nie jest chęć bezinteresownego dokopania Mietkowi (bo coś takiego rzeczywiście się mści), ale – w obliczu agresywnego i manipulatywnego marketingu, jaki przedsięwziął inspirując powstanie tego artykułu - chęć ostrzeżenia ludzi przed popełnieniem błędu, który może się okazać dla nich fatalny. Czy jeśli wiem o czymś, o czym nie wiedzą ludzie, do których skierowany jest komunikat i wiem, że komunikat skierowany w ich stronę jest zastawioną pułapką, to czy według Pana nie powinienem zareagować? Czy w przypadku jeśli ktoś podejmie poważną życiową decyzję i np. sprzeda dom, aby osiedlić się w "polskiej wiosce Nijandaris" a potem odkryje, że takowa nie istnieje, a on jest zdany na łaskę i niełaskę szaleńca, bądź też zadłuży się w banku, żeby przyjechać na leczenie ostatniej szansy i ostatecznie straci pieniądze, ale nie odzyska zdrowia - czy w takim wypadku część odpowiedzialności za to nie spadnie na mnie, ponieważ wiedziałem, ale nic nie zrobiłem? Proszę mi wierzyć, że nie robię tego ze złośliwości, ale z poczucia zwykłej ludzkiej solidarności. Sam Mietek jako taki niewiele mnie interesuje.

    Mój email to greg_duda(symbol at)ymail.com. Na Pana prośbę mogę przekazać na pański adres emailowy dane kontaktowe dwóch z trzech osób, które wymieniłem jako ofiary działalności Mietka. Jeśli chodzi o trzecią osobę, znam jej nazwisko i imię oraz – o ile dobrze pamiętam - miasto z którego pochodzi, więc być może uda się dotrzeć do jej rodziny.

    Uważam, że siłą rzeczy, pisząc ten artykuł, uwikłał się Pan w ten temat i byłbym wdzięczny – w imieniu osób, które kiedykolwiek będą go czytać – za pomoc w stworzeniu prawdziwego wizerunku Mietka, a nie śmiesznej laurki dobrotliwego nieszkodliwego dziwaka, pana Mietka, przyjaciela Indian i w ogóle filantropa i przyjaciela wszystkich. Czy mógłby Pan po prostu zająć postawę bezstronnego badacza i poprosić Mietka o referencje, realnie istniejące osoby, których tożsamość nie ulega wątpliwości i które mogą dać bezpośrednio Panu, a nie jako paszkwile przesyłane za pośrednictwem Mietka, pozytywne świadectwa jego działalności? Ufam, że pańskie doświadczenie życiowe pozwoli Panu rozpoznać ewentualną manipulację i oddzielić ziarno od plew.

    Ogólnie, to samo co do "Richarda z Waterloo", odnosi się też do autora poprzedniego komentarza, niejakiego "Pana Mateli". Email wysłany przeze mnie na jego adres wciąż pozostaje bez odpowiedzi. Kim jest tajemniczy gentleman, ponoć mieszkający w pobliżu i piszący tym samym frapującym stylem, co Mietek?

    W moim komentarzu nie wspominam o zanieczyszczeniu rzeki Chanchamayo, ale dla osób żyjących tutaj fakt ten jest powszechnie znany. Ponieważ autorzy obydwu komentarzy mu zaprzeczają, parę słów na ten temat.

    Głos pijanego "Richarda z Waterloo" pozostawiam bez komentarza (myli mnie z użytkownikiem Maryann), natomiast „Pan Matela” wyraźnie pragnie zrelatywizować ten trudny temat, pisząc o „kopalniach glinki ceramicznej” w Vitoc. W takim wypadku zanieczyszczenie nie byłoby żadnym problemem. Tymczasem problem jest poważny. Chodzi o kopalnię minerałów „San Vicente”, zlokalizowaną w górach za Vitoc i zajmująca się eksploatacją złóż ołowiu i miedzi. Obok wioski Vitoc kopalnia posiada gigantyczny (większy od samej wioski) betonowy zbiornik, teoretycznie służący do składowania toksycznych pozostałości po reakcjach chemicznych. Tutaj https://maps.google.com.pe/maps?q=San+Ram%C3%B3n,+Jun%C3%ADn&hl=es-419&ie=UTF8&ll=-11.201472,-75.33308&spn=0.026059,0.042272&sll=-9.243538,-75.019514&sspn=26.615175,43.286133&oq=san+ramon,+ju&t=h&hnear=San+Ram%C3%B3n,+Jun%C3%ADn&z=15 widoczny jest zbiornik („cancha de relaves”), jako jasna plama, na północ od wioski. Jak widać na zdjęciu, zbiornik usytuowany jest bezpośrednio przy rzece Tulumayo, tej samej, która kilka kilometrów dalej łączy się z wymienioną w artykule rzeką Chanchamayo, największą rzeką regionu, tą samą, która przepływa obok posesji Mietka. Problem, z którym region nie może się uporać od lat, to korupcja, która umożliwia firmie SIMSA (operatorowi kopalni) wrzucanie pod osłoną nocy toksycznych pozostałości ze zbiornika do rzeki – w celu przedłużenia używalności zbiornika (ponieważ po całkowitym zapełnieniu firma ma obowiązek wykonać kosztowne prace polegające na zalakowaniu tego zbiornika i wybudowaniu innego). Sprawia to, że wody rzeki mają często nienaturalny kolor, a piasek na brzegu metaliczny połysk. Jeśli chodzi o ryby z rzeki, oczywiście lepiej ich nie jeść. Zobacz: http://vozperuana.blogspot.com/2010/10/relaves-de-mina-san-vicente-de.html (niezdarne tłumaczenie automatyczne: https://translate.google.com.pe/translate?sl=es&tl=pl&js=n&prev=_t&hl=es-419&ie=UTF-8&u=http%3A%2F%2Fvozperuana.blogspot.com%2F2010%2F10%2Frelaves-de-mina-san-vicente-de.html). Osobiście, muszę przyznać, że nigdy nie widziałem ryb wyrzuconych na brzeg, tak jak na tym zdjęciu, ale wielokrotnie zastanawiał mnie dziwny kolor wody i dziwny metaliczny kolor piasku na brzegu.

    Z Mietkiem kilka razy rozmawiałem na ten temat i jako dobrze poinformowany i bardzo dbający o swoje menu, byłby ostatnią osobą kosztującą ryby z rzeki Chanchamayo.

    Inna sprawa, która nie chcę, żeby uszła uwadze, ani się rozmyła. Tematem artykułu jest „wioska Nijandaris, w której mieszka 19 polsko-peruwiańskich rodzin”. Cóż, wydaje się, że już na tym etapie „odkłamywania” mit ten mamy już obalony. Proszę zwrócić uwagę, że nawet broniący Mietka „Pan Matela” chcąc nie chcąc potwierdza, że w Nijandaris mieszka tylko Mietek.

    Ogólnie, z tego co mówi Mietek, można by wnioskować, że Peru jest miejscem ogarniętym jakąś dziką falą neokolonizacji, z „Niemcami” w roli głównej. Powiem, jak to wygląda z mojego punktu widzenia. Osobiście, jeśli chodzi o obcokrajowców mieszkających w La Merced, wiadomo mi tylko o Curtisie z Kanady, Patricku z Belgii i pewnym Francuzie, który jest dyrektorem wykonawczym w firmie przetwarzającej owoce. Poza tym wiem, że w San Ramon, odległym od La Merced o 10 kilometrów, mieszka pewien Amerykanin należący do jakiejś sekty, ale podobno jest tam kilku innych Amerykanów lub Kanadyjczyków. Amerykanin z sekty opowiadał mi o jakimś Niemcu w Yurinaki (2 godziny od La Merced), który zarobił duże pieniądze na swojej plantacji kawy 2 lata temu, kiedy ceny były wysokie. Ze słyszenia wiem też o polskim księdzu i polskiej zakonnicy w San Ramon, a mieszkając jeszcze u Mietka poznałem polskiego księdza z Oxapampy, który go odwiedził. Na ulicach widuje się też ubranych w garnitur, młodych jasnowłosych „misjonarzy” kościoła Mormonów, ale są tu oni tylko przelotnie. Kiedyś spotkałem także Francuza, który przyjechał jako specjalista zatrudniony w elektrowni wodnej, ale również tylko przelotnie.

    Często Peruwiańczycy, spotykani przeze mnie z okazji załatwiania różnych spraw, kiedy powiem im, że jestem Polakiem, pytają mnie, czy znam tego czy tamtego obcokrajowca i w zasadzie krąg tych obcokrajowców nie wykracza poza wymienione osoby. Czasem zdarzy się, że ekspedient sklepu, w którym kupuje Mietek, wymieni go („ten z małpą na ramieniu”) jako jedynego Polaka, który mieszka w okolicy. O niemal mitycznych, wymienianych przez Mietka (oraz „Pana Matelę”) Niemcach, jako rzekomo masowo wykupujących ziemię, poza wspomnianym Niemcem, który ma plantacje kawy, więcej nie słyszałem.

    Wręcz przeciwnie. Pamiętam, że Mietek twierdził , iż spory teren w dzielnicy La Merced Capelo, na którym 4 lata temu zaczęły się prace budowlane, został zakupiony przez „Niemców”. Nic z tego. Nowoczesna budowla, która tam powstała, to szpital krajowej sieci ESSALUD, znany też jako szpital dla ubezpieczonych: http://www.youtube.com/watch?v=rdYhOdVu0fU

    Również, Mietek twierdził, że właściciel jednej z największych lokalnych firm Highland Coffee jest Niemcem. Błąd. Właściciel pochodzi z Tarmy, czego dowiedziałem się od niego osobiście, a firma ma kapitał 100% peruwiański.
    http://highlandproducts.com.pe

    Mietek twierdził również, że elegancki hotel Fundo San Jose jest własnością „Włochów”. Tak się składa, że później współpracowałem z nimi przez jakiś czas i rzeczywiście, są to „Włosi”, tyle że w 4 czy 5 pokoleniu… Nie znają nawet włoskiego…

    Jeśli chodzi o rynek nieruchomości, ceny są już tak zawyżone, że żaden rozsądnie myślący Europejczyk czy Amerykanin raczej nie będzie rozważał zakupu. Znałem pewnego Amerykanina mieszkającego z żoną Peruwianką w Oxapampie, który zwlekał, zwlekał, zastanawiał się, roztrząsał oferty, aż w końcu nic nie kupił, bo nie znalazł żadnego interesującego terenu, a ceny były absurdalnie wysokie (np. 2 lata temu 100 tys. USD za hektar w bezpośrednim sąsiedztwie Oxapampy).

    Jednak astronomiczne ceny nie odstraszają Peruwiańczyków, którzy mają inną psychikę: łatwo ulegają emocjom („ceny zwyżkują, trzeba kupować, bo jutro będzie drożej”) i podejmują decyzje bardzo szybko, często nie przejmując się ewidentnymi brakami, które odstraszyłyby Europejczyka. Poza tym lepiej znają lokalne realia, co jest bardzo ważnym czynnikiem. Żaden „zachodniak” nie sprosta takiej konkurencji. Wśród lokalnych, Peruwiańskich nabywców, często wymienia się górali z Huancayo – stolicy regionu. Zakup ziemi jest często postrzegany jako jedyna pewna inwestycja, dlatego szybki rozwój eksportu i ogólnie gospodarki Peru, generujący spore nadwyżki gotówki, jest bezpośrednią przyczyną zwyżkujących cen nieruchomości.

    Cóż, tak wygląda ta sprawa z mojego doświadczenia - osoby, która żyje normalnie, nie interesuje się zbytnio obcokrajowcami i nie szuka ich na siłę. Szukając i wypytując, sprawdzając w urzędach, na pewno znalazłoby się ich więcej. Przypuszczam, że Mietek zna więcej obcokrajowców niż ja, jednak wyraźnie chcę zaznaczyć, że proporcje zaserwowane w artykule (np. „25 tys. Niemców i Austriaków” - w 12,5 tysięcznej Oxapampie) są w rażący sposób przesadzone, nieodpowiedzialne i absolutnie niemożliwe do zaistnienia. Wszędzie, gdzie się pojawię – czy to w mieście czy na wsi - mam poczucie, że mieszkam w Peru i że otaczają mnie Peruwiańczycy. Kontakt z obcokrajowcem jest zdarzeniem rzadkim – w co można również włączyć raczej skąpe pojawianie się zagranicznych turystów.

    Trzeba przy tym powiedzieć, że Peruwiańczycy są wielkimi patriotami, a historia Peru jest historią walki o przeżycie w obliczu zagrożenia obcą inwazją, dlatego jakiekolwiek poważniejsze wykupy ziemi przez obcokrajowców musiałyby wzbudzić gwałtowną społeczną reakcję. Jeżeli takowej nie ma, oznacza to, że obcy kapitał nie stanowi tu poważnego zagrożenia czyli że jest czynnikiem marginalnym i łatwym do zasymilowania przez region. Z tego, co wiem, jedynie na południu kraju, w regionie Cusco oraz w niektórych częściach Wybrzeża, wykupy ziemi i monopolizowanie lokalnej gospodarki przez Chilijczyków, osiągnęły poziom, przy którym wzbudzają poważne opory.

    Tak czy owak, osoba zainteresowana rzeczywistym napływem obcokrajowców w ostatnich latach powinna się udać do DIGEMIN (Direccion General de Migraciones y Naturalizacion) w Limie – jest to jedyne pewne i obiektywne źródło dla pozyskania tego rodzaju informacji.

    Na koniec dygresja. Artykuł, jaki był parę dni temu, zawierał (fałszywą co prawda) informację, jakoby nocą w Nijadaris temperatura wynosiła 10 stopni. Obecnie nie widzę już tej informacji. Chcę Autora prosić o zachowanie artykułu takim, jakim jest, ponieważ – razem z komentarzami - stanowi on bardzo cenne świadectwo. W przeciwnym razie komentowanie traci sens.

    Czy źle piszę o regionie Chanchamayo? Jeśli tak bardzo mi się nie podoba, to czemu tu mieszkam? Tak się składa, że kocham Peru, kocham Chanchamayo i kocham tu być. Uważam Chanchamayo za wystarczająco piękne takie jakie jest, również z problemami, które – jak wszędzie – są i tu. Natomiast kłamliwe koloryzowanie tej rzeczywistości w celu oszustwa i doraźnego zysku jakiejś osoby kosztem innych uważam za obelgę. Piękny ptak nie potrzebuje dodatkowych farb.
    Z Polski przez Amerykę do raju w Peru
  • Lewy czerwcowy
    Wczesna książka świetnie opisująca te procesy, wydana na początku 1993 roku: Jecek Kurski "Lewy czerwcowy"
    http://chomikuj.pl/Gorlicki/Ksi*c4*85*c5*bcki/Lewy+czerwcowy,554361687.pdf
    Ile własności mają dziś Żydzi w Polsce?
  • UWAGA NA TEN ARTYKUŁ!
    Brawo Maryann,

    jako jeden z dwóch wspomnianych przez Ciebie Polaków mieszkających w okolicy potwierdzam w całej rozciągłości Twoje sprostowanie absurdalnych i śmiesznych kłamstw, które znalazły się w artykule. Widać, że znasz temat z własnego doświadczenia, a nie z propagandy sukcesu wyssanej z palca Mietka. Dodałbym, że powietrze w La Merced jest zanieczyszczone nie tylko przez mototaxis, ale głównie przez nie dający się niczym uzasadnić zwyczaj wielu mieszkańców palenia śmieci, w tym plastików, a nawet opon. Z jakiś powodów władze miejskie nie robią nic, aby ten zwyczaj wykorzenić, a właśnie powietrze, zanieczyszczone dioksynami oraz niekontrolowane użycie chemii w przetworzonej żywności (zwłaszcza słodycze dla dzieci), są głównymi przyczynami raka, który jest tu prawdziwą epidemią.

    Podobnie, mocno podejrzane są informacje na temat temperatury, która rzadko kiedy spada poniżej 30 stopni w dzień i ok. 22 w nocy. Oczywiście, w tych temperaturach większość warzyw nie rośnie lub czuje się źle i pada łupem pasożytów, których w tym klimacie nie brakuje. Mietek doskonale o tym wie, bo próbował uprawiać własne warzywa - bez powodzenia.

    Dziwę się, że Stan Tymiński, który powinien znać życie lepiej niż większość ludzi, dał się nabrać jak dziecko przez przebiegłego oszołoma, mogąc wiele z tych informacji po prostu zweryfikować przez Internet. Jak można np. rozpowszechniać cyfrę „25,000 głównie młodych Austriaków i Niemców", którzy rzekomo osiedlili się w Oxapampie, jeśli żadnego wysiłku nie wymaga sprawdzenie, że Oxapampa liczy tylko 12,5 tysiąca mieszkańców i jest ospałym miasteczkiem, w którym niemal wszyscy jasnowłosi "gringos" są potomkami oryginalnych założycieli miasta z XIX wieku? Powiem Panu, Panie Tymiński, że pański artykuł o polskiej wiosce w Iquitos był dużo bardziej przemyślany i prawdziwszy niż powyższy, nawet jeżeli ta wioska nie istnieje.

    Pozostaje pytanie, dlaczego Mietek robi to wszystko, do czego służy mu ta cała propaganda, czemu od lat stara się przyciągnąć tu rodaków, czemu stara się stworzyć atmosferę owczego pędu, że "wszyscy już tu są, brakuje tylko ciebie"? Chęć okazyjnej sprzedaży którejś ze swoich parceli to jedno wytłumaczenie, chęć zarobienia na tzw. "leczeniu", to drugie. Mam też inną teorię na ten temat, ale wybiega ona poza ramy tego komentarza, w którym staram się pisać o faktach, a nie domysłach.

    Mietka poznałem jeszcze w Polsce, poprzez kolegę z pracy, dla którego Mietek jest wujem. Kolega dał mi do przesłuchania nagrane w mp3 pogadanki Mietka, wyemitowane przez jakieś lokalne radio w Polsce. Bajki o przyjaźni z Indianami Navajo, podróżach w czasie, teleportacjach i innych cudach. Muszę przyznać, że jako bibliotekarz, osoba nie znająca tzw. życia, uznałem, że "kto wie, może coś w tym jest". Co do mojego kolegi, był on jedyną osobą w swojej rodzinie, utrzymującą kontakty z Mietkiem. Powiedział mi, że reszta rodziny uważa Mietka za "oszusta i oszołoma" i dawno zerwała z nim wszelki kontakt.

    W Peru pojawiłem się szukając własnej drogi i osoba Mietka nie miała wpływu na samą decyzję o pozostaniu tu. Tym niemniej, Mietek stał się dla mnie pierwszą twardą lekcją życia w nowym otoczeniu. Na początek zwabił mnie do swojego wielkiego domu ("kliniki"), kłamiąc (jak okazało się później), że kawalerka w La Merced, którą chciałem wynająć, już jest zajęta. Przydzielił mi pokój przy regionalnej trasie przelotowej, gdzie nie mogłem spać, bo nawet o 3 w nocy przejeżdżały z hukiem ciężarówki i autobusy. Mimo że płaciłem za pokój, Mietek pojawiał się w moim pokoju bez zapowiedzi ani pukania, po prostu wchodził, sięgał po owoc, który leżał na stole, siadał na łóżku i zaczynał opowiadać swoje historyjki. Trudno go było wyprosić i czasem przesiadywał aż dosłownie opadała mi głowa i zasypiałem. Później się nauczyłem, że działa na niego tylko powiedzenie wprost: „Panie Mietku, proszę wyjść bo chcę spać”.

    Wśród historyjek opowiadanych przez Mietka było np., że swoim geniuszem zainteresował Billa Gatesa, który zatrudnił go jako beta testera Windows (podczas gdy ewidentnie jego znajomość komputerów nie wybiega poza poziom amatora), że zna podziemne tunele, które prowadzą z Peru do Europy, że jego znajomy skonstruował pojazd zasilany antygrawitacyjnie i został za to zabity przez CIA i inne temu podobne historie. Była też i taka, że podczas wyborów prezydenckich w roku 90 był doradcą Stana Tymińskiego i ostrzegał go przed komunistyczno-solidarnościowym spiskiem. Niestety Tymiński nie posłuchał i wszedł w działalność z góry skazaną na niepowodzenie… Twierdził też, że Tymiński dorobił się milionów na zadrzewianiu w okolicach Iquitos.

    Dlaczego w ogóle znalazłem się w obszarze zainteresowania Mietka? Otóż Mietek wiedział, że sprzedałem w Polsce mieszkanie, żeby osiedlić się w Peru. Zazębiało się to z oczekiwaniami Mietka, ustawicznie cierpiącego na brak gotówki, ale posiadającego tereny ziemi w różnych częściach Peru, a nawet Boliwii.

    Pojechaliśmy z Mietkiem obejrzeć jego 60-hektarowy kawał ziemi z okolicach Iscozacin, ok. 12 godzin drogi od La Merced, samochodem z napędem na 4 koła, w głąb Selvy. „Działka” mi się podobała. Mietek wrócił do La Merced, ja natomiast zostałem dłużej, żeby dowiedzieć się więcej na temat regionu, ludzi itd. Pod koniec pobytu, mieszkańcy wioski powiedzieli mi, że poprzedni właściciel terenu ciągle tam pomieszkuje, a także pokazali mi ok. 2-hektarowy obszar, z którego człowiek ten wyciął wszystkie drzewa. Po powrocie powiedziałem o tym Mietkowi. Mietek pojechał tam i powiedział mi, że policja wydała nakaz aresztowania poprzedniego właściciela i zakaz pojawiania się w okolicy. Ja, który nie wiedziałem jeszcze, że w Peru władza państwa słabnie w miarę oddalania się od Limy i prawie kompletnie nie istnieje w głębszych partiach kraju, ciągle rozważałem zakup tej ziemi. Dziś wiem, że według wszelkiego prawdopodobieństwa, zostałbym najpierw doszczętnie wycyckany z pieniędzy przez mieszkańców wioski (oferujących „pomoc”, „współpracę” itd.), a potem może nawet zabity lub wypędzony przez poprzedniego właściciela, który sprzedał Mietkowi swoją ziemię za grosze, szybko wydał pieniądze i nosił w sobie poczucie krzywdy. Mietek musial sobie zdawać sprawę z tych zagrożeń, ale ważniejsza była chęć wyciągnięcia ode mnie poważnych środków (120 tys. soles), więc przedstawiał mi wszystko w jasnych barwach, zachęcał do stworzenia tam ośrodka leczenia chorób, nawet dołączał gotowy plan architektoniczny i zapewniał, że będzie mi przysyłał klientów.

    Trudno to wyjaśnić racjonalnie, ale czułem się pod przemożnym wpływem Mietka. Mietek jawił się jako nierozpoznany geniusz, doceniany przez elitę nielicznych wtajemniczonych (których niestety znałem tylko z jego opowieści), znał się na wszystkim, od budowy domu, naprawy motocykla, przez telepatię i podróże międzygalaktyczne, znał bardzo ważnych ludzi, więc powinienem się czuć zaszczycony poświęcaniem mi swojego cennego czasu.

    Były jednak dziedziny, w których Mietek rzeczywiście był geniuszem. Np. pamiętał ceny różnych rzeczy, od cen produktów żywnościowych, poprzez maszyny i urządzenia, aż do cen gruntów i nieruchomości – oraz ich fluktuacje na przestrzeni lat. Miał w głowie kalkulator i potrafił szybko skalkulować, co za ile i czy się opłaca. Ciekawy był też sposób, w jaki „ładował się” informacją. Otwierał w komputerze plik, który chciał przeczytać i uruchamiał syntezator mowy, po czym kładł się i zasypiał. Po przebudzeniu, książka lub inny materiał były przyswojone.

    Przy tym trzeba jednak zaznaczyć, że materiały musiały być po polsku, bo Mietek, mieszkając w Peru od lat, poza liczebnikami oraz kilkoma popularnymi zwrotami, nie nauczył się hiszpańskiego. Jak się też przekonałem, na osobę, które przeżyła kawał życia w USA, jego poziom angielskiego był żenujący. Z żoną porozumiewał się polsko-hiszpańsko-angielskim żargonem, obejmującym może ze 100-150 słów i zwrotów. Bardzo mnie zastanawiało, jak ktoś tak zdolny i wszechstronny może być takim nieukiem i ignorantem, ale składałem to na karb „bogatej osobowości” Mietka.

    Aby podłączyć się do Internetu, musiałem jeździć do La Merced. Dziwnym trafem, zawsze, kiedy chciałem wyjść z domu, Mietek również musiał jechać do La Merced, więc mnie podwoził swoim tuk-tukiem. W La Merced również musiał wejść na Internet, więc wchodził ze mną do tej samej kafejki i siadał obok. W tej sytuacji czułem się cenzurowany i musiałem się kontrolować np. rozmawiając przez Skype’a z rodziną w Polsce. Potem Mietek też musiał zrobić zakupy tam gdzie ja, i nie pozostawało mi nic więcej jak wspólnie wrócić z nim do domu. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy odrzuciłem jego ofertę „podwiezienia” i pojechałem sam, przejeżdżającym obok jego domu mikrobusem pasażerskim, pod wieczór, kiedy wróciłem, czułem się jak zdrajca. Mietek prawie ze mną nie rozmawiał, a jego żona rzucała mi nienawistne spojrzenia.

    Wykonywałem też dla Mietka pracę polegającą na korekcie tekstów na jego stronkę internetową, jako że Mietek pisząc robi mnóstwo błędów stylistycznych i ortograficznych.

    Któregoś razu zdziwiłem się, bo tekst, nad którym pracowałem, był zadziwiająco dobrze napisany. Coś mnie tknęło i zacząłem szukać całymi frazami w Google. Okazało się, że tekst już istniał, ale na stronie internetowej należącej do kogoś innego. Opisywał podróże po Peru, ale innej osoby. Tekst Mietka był to ten sam tekst, ale ze zmienionymi danymi osobowymi, tzn. tam, gdzie było imię oryginalnego autora, wstawił swoje. Tam, gdzie była mowa o innej miejscowości, wstawiał „Nijandaris” etc. Zdałem sobie sprawę, że to plagiat i zapytałem go, jak może coś takiego robić. Odpowiedział, że przez pomyłkę dostałem ten tekst, że prawdziwy autor już się zgłosił z pretensją i on wycofał ten tekst ze swojej strony.

    Wszystko co się działo powodowało, że czułem się straszliwie zmęczony i skonfundowany. W końcu dostałem do korekty tekst, który otworzył mi oczy. Był to tekst na temat sztuki manipulacji. Opisywał sposoby podejścia manipulanta oraz różne techniki, które mają na celu osiągnięcie przez manipulanta celu, którego nie mógłby osiągnąć wprost zdradzając swoje zamiary. Wśród tych technik było np. otoczenie „miłością” i „bezinteresownością” serwowanie obietnic, ograniczanie kontaktu ze światem zewnętrznym, kontrola nad spędzanym czasem, czyli dokładnie to, czego doświadczałem mieszkając u Mietka. Pracując nad tym tekstem doszło do mnie, że stałem się ofiarą przebiegłej i świadomej manipulacji.

    To był koniec pobytu w domu Mietka. Poszukałem sobie mieszkania w La Merced i tam się przeprowadziłem. Mieszkanie było to samo, w którym planowałem zamieszkać od początku i zdalnie prosiłem Mietka, żeby mi je zaklepał. Mietek twierdził, że już jest zajęte, co okazało się kłamstwem.

    Tym skończył się mój burzliwy dwutygodniowy pobyt w domu Szalonego Mietka, choć nie do końca. Odrzucając jego ofertę zakupu 60-hektarowego terenu na „końcu świata” czułem się niezręcznie (było to jeszcze przed odkryciem tekstu o manipulacji) i udzieliłem mu pożyczki na rok. W końcu, po ok. 2 latach ją spłacił, ponoć sprzedając inną należącą do niego działkę jakiemuś Polakowi, ale przez rok bałem się, że już nie zobaczę tych pieniędzy.

    Później utrzymywałem sporadyczny kontakt z Mietkiem i byłem świadkiem niektórych jego poczynań. Np. sprowadził z Polski kobietę w 3 stadium raka i chciał, żeby Indianka, moja znajoma, ją leczyła, a ja żebym był tłumaczem. Jak wyszło podczas „leczenia”, Mietek miał z pacjentką z Polski podpisaną umowę, na mocy której jego odpowiedzialność ograniczała się do wynajmu pokoju, czyli była żadna. Cała odpowiedzialność formalno-prawna spadała na barki Indianki, która podjęła się leczenia i która nie wiedziała o możliwych konsekwencjach – ważne było, że Mietek jest kryty. Ostatecznie, leczenie zakończyło się fiaskiem, powrotem kobiety do kraju i śmiercią jakiś czas później. Przez jakiś czas było o tym głośno w Internecie.

    Inna bulwersująca historia dotyczy pewnej rodziny z Polski, mieszkającej w USA. Kobieta szukała ratunku dla dorosłego, chorego na raka syna. Trafiła na Mietka przez jego stronę internetową. Mietek obiecał podjąć się leczenia, ale oprócz tego, za pomocą swojej „propagandy sukcesu” zachęcił rodzinę do przyjazdu i osiedlenia się w Peru. Rodzina, która przebywała w USA nielegalnie, zapłaciła Mietkowi 10 tys. USD jako pokrycie kosztów leczenia, z możliwością przesunięcia tych środków na zakup ziemi, jeśli leczenie by się nie powiodło. Ostatecznie leczenie się nie powiodło i Mietek sprzedał rodzinie bodaj 4 czy 5 hektarów „ziemi”, naprzeciw swojego domu w Nijandaris. Kiedy rodzina, opuszczając USA na zawsze, pojawiła się, z kontenerem przywiezionych sprzętów, materiałów, maszyn etc. (inną bulwersującą sprawą było wydostanie kontenera ze strefy celnej w Limie, kłody rzucane pod nogi przez urzędników domagających się łapówek itp.), okazało się, że „ziemia”, którą zdalnie zakupili, to ok. 45-stopniowe zbocze góry, nie nadające się do niczego… Kiedy mnie poprosili, żebym sprawdził, za ile mogliby odsprzedać tę ziemię, właściciel agencji nieruchomości, kiedy usłyszał cenę zakupu, powiedział, że padli ofiarą oszustwa – prawdziwa cena byłaby kilka razy niższa. Historia tej rodziny w Peru jest bardzo barwna i bardzo pouczająca. Dobrze byłoby, gdyby oni sami to opisali.

    Później nie utrzymywałem z Mietkiem żadnych stosunków, ani nie dawałem mu jakichkolwiek informacji na swój temat, bo w końcu nauczyłem się ostrożności. Miałem też nadzieję, że samo życie nauczy go, że nie opłaca się żerować na innych. Myliłem się jednak. Kilka miesięcy temu spotkaliśmy z żoną Polkę, która zaciągnęła pożyczkę i przyjechała do Mietka leczyć się z raka, również zwiedzona jego stroną internetową. Kiedy nam opowiedziała o warunkach, w jakich musiała tam przebywać, konieczności płacenia za każdą drobną usługę, obsesyjnej kontroli, kompletnym braku profesjonalizmu, higieny etc., zdałem sobie sprawę, że nic się nie zmieniło. Kiedy ją spotkaliśmy, mieszkała już w hotelu w La Merced i na własną rękę starała się zorganizować swoje leczenie, ponieważ 3 miesiące spędzone u Mietka przyniosły tylko pogorszenie jej stanu.

    Gwoli uczciwości muszę też powiedzieć, że jeden raz spotkałem osobę, która przyjechała do Mietka drugi raz. Był to mężczyzna, który leczył się na problemy ze skórą (psoriasis). Najwyraźniej pierwszy pobyt u Mietka był dla niego wystarczająco satysfakcjonujący, aby przyjechać drugi raz.

    To tyle na temat faktów. Mogę powiedzieć, że tym, czego nauczyłem się od Mietka jest, że aby nie dać się oszukać należy po prostu stosować zdrowy rozsądek, o wszystko pytać i kontrolować emocje, które uwalniają się w kontakcie z taką osobą. Oszust jest ekspertem w wykrywaniu i wykorzystywaniu słabych punktów w osobowości. Zazwyczaj słabe punkty powiązane są z silnymi emocjami, więc należy być czujnym i starać się możliwie wcześnie wykryć, kiedy się pojawiają. Również, stara zasada, że jeśli cokolwiek brzmi zbyt dobrze, żeby było prawdą, prawdopodobnie ją nie jest – jest tu jak najbardziej na miejscu. Pytać o wszystko, co oszust podaje jako „zrozumiałe samo przez się”, a nam na takie nie wygląda. Pytać o dziwne rzeczy, które zauważamy. Być wyczulonym na próby oczarowania nas swoim wizerunkiem – są to próby podejścia nas i testowania słabych punktów osobowości. Jeśli ktoś stosuje te wszystkie zasady, oczywiście nic mu ze strony Mietka nie grozi, ale oczywiście w ogóle nie nawiąże z nim kontaktu.

    Chętnie napisałbym więcej, ale byłyby to moje teorie i interpretacje, a w Peru nauczyłem się oddzielać fakty od interpretacji i wolę pozostać przy faktach. Czytelnikom pozostawiam wyrobienie sobie własnego zdania.
    Z Polski przez Amerykę do raju w Peru