Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!

Komentarze kula Lis 67

  • @@@!
    Albo wypalenie gorącym żelazem, albo TKM i czerwona kartka. PiS musi pokazać inną jakość niż Platforma. Inaczej skończy tak samo...Trochę niezręcznie zapowiadać swój wywiad, ale czasem chyba można. W najnowszym numerze tygodnika „wSieci” (w kioskach od poniedziałku), znajdą państwo rozmowę z Joachimem Brudzińskim. Odsyłam do całości tekstu, ale już teraz chcę zwrócić uwagę na jego pewien fragment. Brudziński pytany o największe wyzwanie, z jakim PiS zmaga się w pierwszym roku rządów, nie wskazuje na Trybunał Konstytucyjny, opozycję, presję ze strony Brukseli, kontratak korporacji, ani nawet nieprzychylność mediów. Szef struktur Prawa i Sprawiedliwości wskazuje na… swoje szeregi.
    Wyborcy mogą wybaczyć nam wiele potknięć, ale nie wybaczą takiej postawy, jaką prezentowała PO przez osiem lat - tej buty, bufonady i poczucia, że wizerunkowymi sztuczkami można kupić poparcie Polaków na zawsze. Nie wybaczą też tego, co ujawniła afera taśmowa, czyli potraktowania państwa jako dojnej krowy dla kolesi i lokalnych sitw. (…) Przyznaję, że takie niebezpieczeństwo istnieje. Cytując znajomego działacza: wielu poubierało się teraz w gacie z napisem „PiS” i udaje „sierioznych” działaczy, a interesuje ich jedno - własne interesy. Takie postawy i myślenie trzeba ciąć do kości, bo jeśli byśmy na tym nie zapanowali, to jest po nas. Nie pomoże nam ani 500+, ani obniżenie wieku emerytalnego, ani ciężka praca rządu
    — przekonuje nowy wiceprezes PiS.
    Ocena Brudzińskiego wpisuje się zresztą w przekaz, jaki liderom i politykom swojej partii przedstawił Jarosław Kaczyński na niedzielnej Radzie Politycznej.
    WIĘCEJ: Kaczyński na Radzie Politycznej PiS: „Brudne sieci wokół nas, musimy to od siebie radykalnie odcinać!” Będą nowi wiceprezesowie partii praca rządu)
    Dobrze, że wreszcie w PiS zaczynają zauważać problem, bo szczerze mówiąc, to jeden z ostatnich alarmowych dzwonków. Przed arogancką postawą ostrzegało i ostrzega wiele osób - także tych z szeroko rozumianego obozu konserwatywnego, którzy nie są z definicji nastawieni negatywnie do PiS i Jarosława Kaczyńskiego.
    A problem istnieje, co pokazują kolejne tygodnie i miesiące. Spory wokół stanowisk w radach nadzorczych, pytania o kompetencje ludzi wokół ministrów i posłów, pokusy dogadywania się z ludźmi z platformerskiego reżimu, którzy w zamian za święty spokój pokazują, jak sprawnie wydoić jedną czy drugą instytucję. Na konkrety przyjdzie zresztą wkrótce czas. Problem nakreślił w swoim głośnym w ostatnich godzinach wpisie na Facebooku Wojciech Mucha z „Gazety Polskiej”, ale sprawa jest głębsza i dotyczy nie tylko kilkunastu nazwisk, ale mentalności, przeświadczenia, że wszystko wolno, arogancji. Polacy oddali stery państwa w ręce polityków PiS nie dlatego (a przynajmniej nie tylko dlatego), że zauważyli w tym środowisku osoby o wielkich kompetencjach, niebywałych zdolnościach. Nie tylko dlatego, że porwała ich wizja konserwatywnej rewolucji w kulturze czy postawienie na poważnie sprawy smoleńskiej. To wszystko mieli do wyboru już w 2011 roku i jakoś się nie udało.
    Śmiem twierdzić, że PiS dostało od społeczeństwa mandat z powodu deklarowanej i często potwierdzonej w czynach uczciwości. Mogą przydarzyć się wpadki personalne, może zabraknąć pieniędzy na niektóre z obietnic, ale PiS dawało gwarancję, że nie powtórzy się klimat układu i układzików rodem z Sowy i Przyjaciół. Słowem - może i są mniej cwani i sprytni, ale przynajmniej uczciwi.
    Rozumiem, że każda władza deprawuje, że pokusy i przeróżnego rodzaju przekręciarze pojawiają się tam, gdzie wyczuwają zapach publicznych pieniędzy. Że wielu przestępuje z nogi na nogę, by załatwić swoje małe deale. To naturalne. Ale wszystko zależy od reakcji PiS. Albo takie sprawy będą wypalane gorącym żelazem, przy udziale CBA, prokuratury i władz PiS (w ostatnim przypadku chodzi o decyzje personalne), albo zatriumfuje mentalność TKM („Teraz, k…, my”) i ekipa ta otrzyma od wyborców czerwoną kartkę. Tę samą, którą dostała w końcu Platforma.
    PiS musi pokazać inną jakość niż Platforma, dać wyraźny sygnał, za którym pójdą decyzje, że błędy mogą się zdarzyć, ale patologie III RP nie zostaną, nie będą ewoluować w IV RP. Inaczej skończy się tak samo jak z Platformą. Joachim Brudziński ma rację - nie pomoże wtedy ani 500+, ani wiek emerytalny, ani żadne inne reformy.
    PiS nie walczy dziś z dogorywającą Platformą i karykaturalną Nowoczesną. PiS walczy dziś z o wiele trudniejszym przeciwnikiem - samym sobą. Od wyniku tej walki zależeć będzie wynik kolejnych wyborów.
    Aktualizacja: PS. Posiedzenie Rady Politycznej PiS dopisało małą puentę do tego tekstu.
    Musimy gorącym żelazem wypalić w urzędach i spółkach tych, którzy myślą tylko o sobie
    — powiedział Jarosław Kaczyński.
    Oby ta zapowiedź przełożyła się i na praktykę. Ps...Drogi PiSie, zrób szybko 4 rzeczy: porządek z TK, proqurwaturami, sądami, redukcja esbeckich emerytur, buduj komunalne mieszkania + ...w całej Polsce, uwłaszcz właścicieli działek za symboliczną opłatą!!
    Ano jest zawsze ten sam problem dla partii rządzącej: musi obsadzić pewne stanowiska a z drugiej strony uchronić się przed karierowiczami. Jeżeli PiS nie osądzi afer Peowców i nie pozamyka złodziei i zdrajców narodu ( tylko tych z PO) do więzień skończy tak samo jak PO. Rezydentów i wtyki wajchowego umieszczone w PiS aby uprawiali hucpę czyli obracali kota ogonem trzeba, jak to powiedział prezes Jarosław Kaczyński, radykalnie odciąć od PiS-u aby nie było powtórki z lat 2005-2007, tak jak to miało miejsce z: Marcinkiewiczem, Kieresem , Kaczmarkiem, Kornatowskim i innymi Kowalami, Ujazdowskimi i miśkami. Czas spuścić hucpiarzy do szamba co by nam otoczenia nie zasmradzali.
    Międzynarodówka sędziów
  • @laurentp 23:19:30
    Dodam, że większość tych majątków była zadłużona, zajęte hipoteki, a księgi hipoteczne poginęły(także te ocalałe) lub się spaliły podczas wojny. Co do reszty pełna zgoda.
    Czy tylko Ci, co są bez winy rzucają kamieniami w "HGW"
  • @Rebeliantka
    Politechnika: Prokuratura w Krakowie jest w skorumpowana...Sprawa fałszowania dokumentacji studiów, egzaminów, ćwiczeń czy w końcu stypendiów na Politechnice Krakowskiej przez profesorów Wydziału Inżynierii Elektrycznej i Komputerowej pokazała jak prokuratura z sądem jest skorumpowana mentalnie z wykonawcami uczelnianych przekrętów tzw. krakowskich elit. Chodzi również o pobieranie pieniędzy z kasy wydziału za nie wykonane zajęcia, które się nie odbyły. A są to tysiące złotych. Nawet doszło do tego, że wydział prowadził ćwiczenia wykłady laboratoria z przedmiotu bazy danych bez sali laboratoryjnej i zakupionego oprogramowania do sieci komputerowych. Rzekomo były to systemy baz danych Oracle. Prokuratura po fałszowaniu nawet protokołu egzaminu dyplomowego (nie było w składzie komisji nauczyciela akademickiego o stopniu profesora a wymagają tego przepisy ważności przeprowadzenie egzaminu dyplomowego) nie dopatrzyła się przestępstwa a postępowanie w sprawie umorzyła. Jednak podpis profesora się znalazł. Tak samo sąd przychylił się na postanowienie prokuratora o nie ściganie profesorów wydziału za fałszerstwa. I teraz na takich fałszerstwach wielotysięczna emerytura dla profesorów wydziału i dla sędziów i prokuratorów będzie. A kto na nią będzie się składał, pan za kierownicą, pani na kasie. Ot typowy polski bandytyzm urzędniczy i Polska jako kraj bezprawia. Tak działają bezskutecznie prokuratura i sąd w Krakowie. Prokurator, która robi tę sprawę przekrętów Politechnik Krakowskiej być może już została awansowana. I wielotysięczna emerytura się kręci. Da się przekręcić sprawę w prokuraturze w Krakowie, da się jak pokazuje przykład fałszerstw na Politechnice Krakowskiej i osłaniającej te fałszerstwa prokuratury. Zatem sfałszowanie protokołu egzaminu dyplomowego oznacza, że a absolwenci Politechniki Krakowskiej posługują się nieważnymi dyplomami magistra. Trzeba się temu uważnie przyjrzeć, to znaczy kto z jakimi dyplomami przychodzi teraz do pracy.
    Międzynarodówka sędziów
  • @Rebeliantka pozdrawiamy!
    Patryk Jaki: "Ludzie prawicy mają liczne problemy w sądach. Czy idąc do sądów mamy czekać na związanie rąk i wrzucenie do wody?" Pan Kropiwnicki wielokrotnie atakował nową prokuraturę mówiąc o standardach, a jak widać w jego przypadku z tymi standardami bywa różnie. Okazało się, że posłowie Platformy Obywatelskiej nie mówili prawdy i w mieszkaniu była jednak agencja towarzyska
    —mówił w rozmowie z portalem wPolityce.pl Patryk Jaki.
    wPolityce.pl: Prokurator generalny Zbigniew Ziobro mówił w „Południku Wildsteina” o wojnie Trybunału Konstytucyjnego z państwem, zaś pan w piątek mówił o „zemście za krytykę sądów”, którego miała dokonać na panu sędzia podczas procesu o ochronę dóbr osobistych, wytoczonego przez posła PO Roberta Kropiwnickiego. Zimna wojna?
    Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki: Nie jest żadnym odkryciem, że ludzie prawicy mają liczne problemy w sądach. Są względem ich wydawane szczególnie absurdalne wyroki. Musimy wrócić do początku i przypomnieć jak w Polsce zostało zbudowane sądownictwo. W PRL-u była to jedna z najbardziej zdeprawowanych grup ludzi skazujących oficerów Armii Krajowej na śmierć. Przeszła ona do III RP bez żadnej weryfikacji. Jeden z sędziów, który skazywał oficerów AK na śmierć, a potem odmówił rehabilitacji rot. Witolda Pileckiego do dzisiaj dostaje 13 tys. zł. emerytury. Później okazywało się, że w sądach nie można osądzić żadnych zbrodniarzy komunistycznych. Jesteśmy atakowani ponieważ chcemy te sądownictwo zmieniać. Wprowadzamy dlatego m.in. kary dyscyplinarne za przewlekłość w postępowaniu i dlatego nasi ludzie nie są popularni w sądach i regularnie przegrywają. Jeżeli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości, czy wszystkie sądy są obiektywne, to wystarczy tylko posłuchać historii z sędzią Łączewskim czy Milewskim, którzy byli gotowi wskazywać partyjnie.
    Zasłania się pan immunitetem, którego jest pan przeciwnikiem…
    Rzeczywiście jestem przeciwnikiem „immunitetów”. Nie dopuszczalna jest jednak sytuacja kiedy sędziowie uznają, że polityków Platformy Obywatelskiej czy SLD immunitety chronią, a posłów prawicy nie. Trzeba sobie zadać pytanie, czy wszyscy jesteśmy równi wobec prawa? Czy politycy prawicy idąc do sądów mają czekać jedynie na związanie rąk i wrzucenie do wody? Wydaję mi się, że mamy prawo do obrony. Jeżeli immunitet ma mieć w ogóle jakikolwiek sens to właśnie w takich sytuacjach, kiedy z mównicy sejmowej ujawnia się patologie ludzi władzy. A na czym polegała ta patologia? Na tym, że ludzie informowali o agencji towarzyskiej, która była urządzona w mieszkaniu posła PO Roberta Kropiwnickiego, a prokuratura udawała, że nic nie widzi i nic nie słyszy. Pan Kropiwnicki wielokrotnie atakował nową prokuraturę mówiąc o standardach, a jak widać w jego przypadku z tymi standardami bywa różnie. Okazało się, że posłowie Platformy Obywatelskiej nie mówili prawdy i w mieszkaniu była jednak agencja towarzyska.
    Zapowiadane reformy nie wróżą wygaśnięcia konfliktu…
    W tej sprawie nie cofniemy się ani o krok. Obiecaliśmy obywatelom, że sądy zmienimy. Pamiętajmy, że co drugi obywatel nie ufa sądom. Byliśmy świadkami licznych skandali związanych z partyjnym orzekaniem sędziów. W przeciągu 5 lat wyrzucono jedynie jednego sędziego z zawodu, mimo że słyszeliśmy o wielkich skandalach sędziów m.in. o jeździe po pijanemu. Środowisko sądownicze nie potrafi się samo oczyścić, a potrafi się jedynie bronić. Nasze działania nie są popularne w środowisku sądowniczym i dlatego ciężko wygrywa się naszym ludziom w sądach.
    Z reformami może jednak nie być tak łatwo. Minister Ziobro mówił, że na drodze stoi Trybunał Konstytucyjny…
    Mamy nadzieję, że sytuacja zmieni się w grudniu po wygaśnięciu kadencji prof. Rzeplińskiego. Nie ukrywamy, że problem stanowi partyjny prezes Trybunału Konstytucyjnego, który podgrzewając atmosferę jest bardzo mocno zaangażowany w spór polityczny. Prof. Rzepliński jest osobą, która wywołała ten spór współtworząc niekonstytucyjną ustawę, od której wszystko się zaczęło. Mamy dlatego nadzieję, że wiele się zmieni po jego odejściu.
    Rozmawiał Kamil Kwiatek. Ps...Sądy i prokurwatury to ścierwo i żeby nie wiem jak je kolorowo malować zgnilizna będzie zgnilizną. Może dożyje czasów kiedy odejdą od standardów wschodnich. Rzeplińskiego popiera cała lewacka UE! Trzeba złapać chyba twardo za mordę jak Erdogan i zrobić porządek, nie patrząc się na UE. Zresztą dedeerówka poparła Erdogana! Na co czeka Ziobro? Lepiej, żeby i Jaki i Ziobro mieli większe jaja.
    Międzynarodówka sędziów
  • @Rebeliantka
    Marcin Warchoł: Zamiast państwa prawa mamy państwo prawników. Pod hasłami formalizmu prawniczego rozdają karty, dbając jedynie o własne interesy. Zamiast państwa prawa mamy państwo prawników. Roszczą oni sobie pretensje do określania, co dobre a co złe, w oderwaniu od poczucia sprawiedliwości, a nawet zdrowego rozsądku. Prawnicy pod szczytnymi hasłami formalizmu prawniczego rozdają karty, dbając jedynie o własne interesy. Najlepszym przykładem są adwokaci skupujący roszczenia od spadkobierców, jednocześnie prowadząc negocjacje z inwestorami.
    – mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł.
    wPolityce.pl: Ministerstwo Sprawiedliwości zamierza wprowadzić pełną jawność oświadczeń majątkowych sędziów. Co skłoniło resort do tej decyzji?
    Marcin Warchoł: Składanie oświadczeń majątkowych przez sędziów i prokuratorów nie jest niczym nowym - zmiana polega jedynie na ich publikowaniu w Biuletynie Informacji Publicznej. Polacy mają prawo wiedzieć, w imię transparentności, kto sprawuje jedną z trzech najwyższych władz w naszym kraju i kto wydaje w imieniu tego kraju wyroki. Ale także sami sędziowie będą mogli dzięki temu skutecznie bronić się przed oskarżeniami, jakoby swój majątek zdobyli nieuczciwie. Już w 2005 roku, kiedy Najwyższa Izba Kontroli zbadała oświadczenia majątkowe osób pełniących funkcje publiczne, okazało się, że niektórzy sędziowie nie wypełniali wielu rubryk, nie ujawniali kredytów, pożyczek, akcji, nie podawali, skąd mieli pieniądze na nowe domy. Majątek niektórych sędziów, według NIK, nie miał pokrycia w ich dochodach.
    Jaka była reakcja środowiska sędziowskiego na ten pomysł? Jak wyglądały konsultacje tego projektu?
    Projekt przekazaliśmy do konsultacji środowisku sędziowskiemu 8 kwietnia 2016 r. Dokumenty dostały wszystkie zainteresowane podmioty, m.in.: Krajowa Rada Sądownictwa, Sąd Najwyższy, Naczelny Sąd Administracyjny, Krajowa Rada Prokuratury, a także prezesi sądów i sędziowskie stowarzyszenia. Nie mieli zastrzeżeń do propozycji wprowadzenia odpowiedzialności karnej za podanie nieprawdy lub zatajenie prawdy w oświadczeniu majątkowym. Jednak jawność im się nie spodobała. Argumentowali, że dla walki z korupcją wystarczające są dotychczasowe przepisy, zgodnie z którymi oświadczenia majątkowe sędziów trafiają do członków kolegium sądu apelacyjnego i właściwych urzędów skarbowych. Proszę jednak zauważyć, że jawne oświadczenia majątkowe składają posłowie i senatorowie. Dlaczego przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości mielibyśmy traktować inaczej?
    Dlaczego dopiero teraz wprowadza się tę regulację? Czy musiała się w Polsce zmienić władza, byśmy poznali oświadczenia majątkowe sędziów i prokuratorów?
    Najwyraźniej poprzedniej ekipie nie zależało na tym, by zwykły obywatel mógł kontrolować trzecią władzę, choć od lat były takie społeczne postulaty. My poszliśmy do wyborów, obiecując, że jawność wprowadzimy. I teraz obietnicę spełniamy. Warto przypomnieć, że rząd PO-PSL pracował nad przepisami dotyczącymi oświadczeń majątkowych i nawet stworzył kilka projektów. Po głośnych protestach środowiska sędziowskiego nic z tych planów nie wychodziło. Eksperci, którzy analizowali obowiązujące przepisy, dochodzili do wniosków, że jest to taki gąszcz wzajemnie sprzecznych i wykluczających się rozwiązań, że to nie ma nic wspólnego z przejrzystością. Taka była też konkluzja Grupy Państw przeciwko Korupcji – powołanej przez Radę Europy do przestrzegania najwyższych standardów w kwestii łapówkarstwa. Dobitnym przykładem jest sprawa oświadczenia majątkowego Sławomira Nowaka, w którym nie wpisał on drogiego zegarka – nawet pomimo tego rząd Platformy Obywatelskiej wykazał tu dziwną opieszałość i nic nie zrobił w sprawie jawności oświadczeń. My działamy inaczej. To, co obiecaliśmy, realizujemy. Nawet, jeśli wrzawę znowu podnieśli sędziowie. A dowodem na konieczność wprowadzenia naszych rozwiązań jest afera reprywatyzacyjna w Warszawie, gdzie urzędnicy Ratusza zajmujący się gospodarką nieruchomościami wykazują w oświadczeniach dziwną amnezję lub brak wiedzy o tym, co posiadają i robią najbliżsi członkowie rodziny. Sprawa pomysłu składania oświadczeń majątkowych przez sędziów, zbiega się w czasie ze ujawnionymi informacjami o sędzim Wojciechu Łączewskim i ustaleniami prokuratury, z których wynika, że wbrew jego słowom nikt nie włamał się do jego komputera. Jak ocenia pan tę sprawę oraz dziwne okoliczności w postępowaniu dyscyplinarnym dotyczącym sędziego Łączewskiego?
    Z doniesień medialnych wynika, że intencje tego sędziego były nie tyle materialne co polityczne. Wygląda na to, że ten sędzia ma problem z bezstronnością i niezawisłością. Zresztą zaangażowanie polityczne sędziów jasno pokazuje, że to środowisko ma z tym poważny kłopot.
    A jak sprawa ograniczenia samowoli sędziowskiej ma się do weekendowego Nadzwyczajnego Kongresu Sędziów Polskich? Tam dyskusja toczyła się głównie na kanwie politycznej. Widać, że część środowiska sędziowskiego dąży do konfrontacji z rządem.
    Uchwały, skład zgromadzenia i słowa, które tam padły – o nadzwyczajnej kaście ludzi - mówią same za siebie. Oni rzeczywiście stworzyli nadzwyczajną kastę – już na początku kariery sędziowie zarabiają 2,1 średniej krajowej. W Niemczech jest to 0,9 średniej, we Francji 1,1 a w Szwecji 1,3. Najbardziej to jednak widać po emeryturach. Sędzia w stanie spoczynku ma emeryturę kilka razy wyższą od zwykłego obywatela. A teraz sędziowie z kongresu dążą do systemu nieznanego w żadnym innym kraju, niezgodnego także z naszą konstytucją – systemu, w którym władza sądownicza podlega samej sobie i nadzoruje dwie pozostałe władze wykonawczą i ustawodawczą. Już Monteskiusz, formułując zasadę trójpodziału władz, wskazywał na zagrożenia związane z nadmierną władzą sądowniczą: „Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela”.
    Czy nie obawiają się Państwo sytuacji, w której powstanie swoisty drugi obieg prawny, którego gwarantem stać może się środowisko sędziowskie?
    Zamiast państwa prawa mamy państwo prawników. Roszczą oni sobie pretensje do określania, co dobre a co złe, w oderwaniu od poczucia sprawiedliwości, a nawet zdrowego rozsądku. Prawnicy pod szczytnymi hasłami formalizmu prawniczego rozdają karty, dbając jedynie o własne interesy. Najlepszym przykładem są adwokaci skupujący roszczenia od spadkobierców, jednocześnie prowadząc negocjacje z inwestorami. Zapewnili sobie wysoki status materialny, którego bronią, a kwestia naprawy prawa już ich nie interesuje, bo to zagroziłoby ich patologicznemu status quo. Walka z rozbiciem tego układu to konieczność, to nasz obowiązek wobec obywateli, którzy w starciu z „nadzwyczajną kastą ludzi” dotychczas nie mieli żadnych szans. My chcemy doprowadzić do tego, by sędziowie stali się obrońcami zwykłych ludzi.
    Rozmawiał Wojciech Biedroń Ps..Tak jest, prawnicy od 25 lat ci sami odmieniają przez przypadki słowa "demokracja'' i "państwo prawa'' a tak naprawdę stoją na straży interesów oligarchii i sankcjonowanego bezprawia. "Nadzwyczajna Kasta" prawników w Polsce stworzyła w RP rodzaj Państwa Wyznaniowego, tylko że ideologią nie jest Koran jak w ISIS, ale Rzepollach ! Pseudopaństwo nam zgotowali.
    Międzynarodówka sędziów
  • @@@!
    Nie wierzyć, ale zakładać się powinno, że Rosja jest groźna (wiara tu nie pasuje, wiary religijnej nie ma deprecjonować), "wierzenie w coś" w kontekście geopolityki już na starcie świadczy o infantylizmie.
    Trzeba zakładać, że Rosja jest groźna, jak najbardziej.
    Ale równocześnie...
    Trzeba zakładać, że Niemcy są dla nas groźne.( szwaby nas wykupują, nasyłają komisje do mierzenia poziomu demokracji w Polsce)
    Trzeba zakładać, że amerykańskie interesy są dla nas groźne.(Ameryka oszukuje nas na offsetach, popiera żądania żydowskie, wciska GMO )
    Trzeba zakładać, że Ukraina jest dla nas groźna.
    Trzeba zakładać, że wojujący islam jest dla nas groźny.
    I tak dalej, i tak podobnie - i pomiędzy tymi obszarami zagrożenia budować swoją geopolitykę. Bo "geopolityka" pod tytułem "hajda na Rosję" razem z USA, a "Ukraina nasz sojusznik, Ukraińcy nasi ukochani braci" (tak jak Kain chyba) i ślepe prowadzenie się na smyczy Zachodu nie zasługuje nawet na miano geopolityki.
    Putin, postrach dzieci
  • @@@!
    Kapo- naukowcy ... Instytut kolaboracji...Tygodnik "Wprost", Nr 1061 (30 marca 2003) Ponad stu polskich naukowców gorliwie współpracowało z hitlerowcami. Żadnego po wojnie nie ukarano. Po rozprawieniu się z polskimi silami zbrojnymi w 1939 r. hitlerowcy
    zorganizowali w Krakowie słynna "Sonderaktion Krakau", w której wyniku do obozów koncentracyjnych wywieziono około 200 pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kilkunastu wykładowców zginęło. Niemal równocześnie powołano do życia Instytut Niemieckiej Pracy Wschodniej. Oprócz przygotowania kadry urzędniczej do pracy w administracji
    w okupowanej Polsce placówka miała "naukowo" usprawiedliwić nazistowskie plany podboju Wschodu. Hitlerowscy naukowcy mieli na przykład udowodnić, że państwo Piastów założyli wikingowie, a kulturę nad Wisłą zaszczepili Niemcy. W służbie nadludzi. Początkowo prace instytutu przebiegały opornie, gdyż brakowało kadry naukowej. Naziści postanowili więc nawiązać współpracę z "przyjaźnie nastawionymi "Polakami" czytaj żydami spośród byłej kadry uniwersyteckiej. Do końca wojny zatrudnienie w INPW znalazło ponad 150 osób, większość z nich to naukowcy, głównie z UJ.
    Początkowo mieli oni pełnić funkcje pomocnicze w archiwach, bibliotekach i przy tłumaczeniach, wkrótce okazało się jednak, iż zwerbowani naukowcy tak gorliwie pracują, że mile zaskoczeni okupanci zaczęli powierzać im samodzielne stanowiska. Współpracę "polskiej" kadry naukowej z Niemcami koordynowali dwaj światowej sławy profesorowie -językoznawca Mieczysław Malecki i historyk Władysław Semkowicz. W pracach INPW uczestniczył tez wybitny archeolog prof. Włodzimierz Antoniewicz, rektor Uniwersytetu Warszawskiego przed wojną i po niej. Zasługi prof. Maleckiego, jednego z pierwszych teoretyków geografii lingwistycznej, Niemcy opisywali w oficjalnych dokumentach jako "wspaniałe". Naukowiec pracował miedzy innymi w tzw. sekcji rasowej. Jeden z badaczy nazistowskich podziekował mu listownie za "wartościowa pomoc" w dziele, które - według dr Anetty Rybickiej, autorki opracowania "Instytut Niemieckiej Pracy Wschodniej. Kraków 1940-1945" - czynnie wspierało niemiecką propagandę zmierzającą do "naukowego uzasadnienia" konieczności eksterminacji żydów. Z kolei Władysław Semkowicz, znany przedwojenny badacz średniowiecza, stał się dla Niemców wartościowym ekspertem w dziedzinie zatrudniania w INPW kolejnych "Polaków". Oprócz światowej sławy profesorów z nazistami kolaborowali również niżsi rangą pracownicy naukowi. Doktor Rybicka wymienia Franciszka Begejowicza, Jadwigę Janikowską, Franciszka Sławskiego i Tadeusza Ulewicza jako ścisłych współpracowników Josefa Sommerfelda, szefa tzw. sekcji żydoznawczej. Żyd Sommerfeld nie miał nic do zarzucenia kolejnemu uczonemu - Tadeuszowi Nowakowi, który opracowywał dla niego teksty publicznych wystąpień. Jadwiga Jędrzejowska z kolei zajmowała się stosunkami Kościoła katolickiego z żydami. Nazistowscy naukowcy wysoko cenili pracę prof. Przemysława Dąbkowskiego, Józefa Mitkowskiego, Marii Wusatowskiej, Jana Gojskiego, Józefa Skoczka i Bronisława Kocowskiego. Od 1943 r. w sekcji rasowej INPW pracowali wyłącznie "Polacy", którzy zastąpili Niemców powołanych do wojska. Hitlerowcy nie mieli żadnych obaw przed pozostawieniem w instytucie "Polaków", których darzyli zaufaniem. Hans Graul z sekcji geograficznej chwalił przed przełożonymi dr. Jana Ernsta, nazywając go swoim najbardziej lojalnym "polskim" pracownikiem. Doktor Ernst, zatrudniony w warszawskiej filii instytutu, przeszedł na stronę nazistów i pod koniec wojny poprosił swych chlebodawców o pomoc w ewakuacji do III Rzeszy. W sekcji rasowej pracował tez zmarły w 1996 r. prof. Marian Plezia, filolog, autor wielu dzieł, z których do dzisiaj korzystają studenci historii i filologii klasycznej. Ówczesnemu magistrowi Plezi tak doskonale układała się współpraca z Niemcami, że w 1942 r. wnioskowano o jego awans. Nawet pod koniec wojny Niemcy znajdowali wśród "polskich" elit naukowych chętnych do współpracy. Instytut dostał wtedy pilne zlecenia "ważne dla wojny" i do sekcji chemicznej przyjęto dr. Jana Krzyżanowskiego, Michalinę Sabatowicz i Annę Szantroch. Zdrajcy w służbie PRL
    Do dzisiaj nie wyjaśniono, dlaczego po wojnie władze komunistyczne, które masowo skazywały na śmierć patriotów oskarżanych w sfingowanych procesach o zdradę i współpracę z nazistami, nie ukarały żadnego żydowskiego naukowca kolaboranta. Dowody obciążające niektóre osoby z grona akademickiego nie pozostawiały wątpliwości. Znany był na przykład list tłumaczki Heleny Ney do jej pracodawcy dr. Ewalda Behrensa, historyka sztuki, w którym Ney dziękowała
    za "wszystko dobre, czego doświadczyła w INPW", o czym "nigdy nie zapomni". Pisała, że "będzie jego (Behrensa) jak najlepiej wspominała" i życzyła mu, aby "nigdy nie trafił na front". Naukowcy kolaboranci najczęściej tłumaczyli, że do współpracy z nazistami zmusiła ich sytuacja materialna. Niektórzy mówili też o chęci szkodzenia Niemcom w badaniach przez przekazywanie fałszywych danych. Przekonywali, że
    zatrudniając się w INPW, chcieli mieć wgląd w polskie dokumenty historyczne i naukowe, by chronić je przed zniszczeniem. Tezom o chęci sabotowania niemieckich prac przeczy jednak to, że Niemcy mieli zawsze dobre zdanie o
    działalności "polskich" naukowców, wykazujących się pilnością i rzetelnością badawczą. Nigdy na żadnego "polskiego" pracownika INPW nie padł cień zarzutu o
    szkodzenie interesom Rzeszy. Dr Rybicka tłumaczy, że powodem pobłażliwego traktowania naukowców kolaborantów przez komunistów była chęć zjednania sobie inteligencji
    twórczej, potrzebnej jako sojusznik w tworzonej po 1945 r. rzeczywistości. Takie podejście władz było wygodne dla korporacyjnego i autarkicznego środowiska profesorskiego, które mogło przed sobą i młodzieżą odgrywać rolę ofiar okupanta. Komisje dyscyplinarne powołane po wojnie na uczelniach oczyściły z zarzutów wszystkich naukowców. W latach 1945-1947 Akademia Francuska wyrzuciła ze swego grona setki osób oskarżonych o współpracę z nazistami i rządem Vichy. W tym czasie do Polskiej Akademii Umiejętności przyjęto kilku byłych pracowników INPW.

    Sławomir Sieradzki
    Kongres Sędziów Polskich. - Co dalej?
  • @@@!
    Następny pomiot kolaboranta...telewizyjny "autorytet"..Fryderyk Zoll współpracował z hitlerowcami. A z kim współpracuje b. Rzecznik Praw Obywatelskich Andrzej Zoll? Wniosek do władz Rzeczypospolitej Polskiej oraz przedstawicieli mediów o zobowiązanie Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, do przeprowadzenia postępowania wyjaśniającego w sprawie przyczyn zwolnienia w dniu 7 listopada 1939r. przez gestapo, ujętego podczas przeprowadzonej w dniu 6 listopada 1939r. akcji Sonderaktion Krakau, członka hitlerowskiej Akademii Prawa Niemieckiego, prof. Fryderyka Zoll oraz w sprawie okresu trwania i charakteru relacji prof. Fryderyka Zoll z rezydującymi w Polsce w okresie w okresie II wojny światowej oficerami Tajnej Policji Państwowej III Rzeszy, tj. Geheime Staatspolizei /gestapo/ i Generalnym Gubernatorem, Hansem Frank. W dniu 6 listopada 1939r. gestapo aresztowało 183 przybyłych do gmachu Collegium Novum na odczyt Sturmbahnnführera SS Bruno Müller’a profesorów i wykładowców uczelni krakowskich. Aresztowanych osadzono w więzieniu na Montelupich w Krakowie, a następnie wywieziono do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen-Oranienburg, gdzie wielu z nich zmarło z wycieńczenia. W dniu 7 listopada 1939r. z aresztu zwolniono jako jedynego z aresztowanych dzień wcześniej, prof. Fryderyka Zolla. Biograf F. Zolla, K. Pol napisał: „Aresztowanych (w tym podeszłego już wiekiem prof. Zolla) przewieziono do więzienia przy ul. Montelupich. Po dwóch dniach i zdawkowych przeprosinach prof. Zolla zwolniono /w rzeczywistości F. Zolla zwolniono nie po dwóch dniach, lecz następnego dnia po aresztowaniu w dniu 6.11.1939r., tj. 7.11.1939r. – ZKE/. Nie podzielił więc nieszczęsnego losu uczonych wywiezionych do obozu Sachsensausen, gdzie – jak np. w przypadku prof. St. Estreichera – czekała go zapewne męczeńska śmierć.” Aleksander Szumański podaje następujące przyczyny zwolnienia F. Zolla przez gestapo: „Prof. Fryderyk Zoll, jako członek Akademii Prawa Niemieckiego po interwencji osobistej Hansa Franka został natychmiast w Krakowie zwolniony.” Gestapo nie zwolniło z aresztu starszych od urodzonego w 1865r. F. Zolla profesorów UJ, jak urodzony w 1863 r. prof. Kazimierz Kostanecki oraz urodzony w 1864r. prof. Leon Sternach. Jak podaje M. Barcik w Kronice Sonderaktion Krakau ”9 XI 1939, rano - przyszedł dr M. Ciećkiewicz i zbadał chorych w celu wystawienia wniosków o zwolnienie. Prof. Władysław Konopczyński dokonał spisu wszystkich więźniów, dołączając do dokumentu ich podpisy. Około godz. 13 odzyskali wolność zwolnieni z aresztu: Adam Kleczkowski; Stanisław Ciechanowski i Witold Wilkosz (obaj ze względu na chorobę)”. Prof. F. Zoll nie został zatem zwolniony przez gestapo w dniu 7 listopada 1939r. ze względu na jego wiek lub ewentualną chorobę. Starszych od niego profesorów wywieziono do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen-Oranienburg, a badania, na podstawie wyników których zwolniono niektórych spośród aresztowanych, przeprowadzono dwa dni po zwolnieniu F. Zolla, tj. w dniu 9 listopada 1939r. Jak podaje M. Barcik w Kronice Sonderaktion Krakau, w dniu 8 listopada 1939 (…) „W południe zjawił się dr Fritz Arlt - kierownik Głównego Wydziału Ludności i Opieki Społecznej Urzędu GG - i zaproponował Kazimierzowi Stołyhwie zwolnienie i współpracę z Niemcami. K. Stołyhwo odmówił, uzasadniając to tym, że nie może przyjąć zwolnienia, jeśli aresztowani z nim koledzy mają pozostać uwięzieni.”[4] Funkcjonariusze gestapo proponowali zatem zwolnienie z aresztu wyłącznie za wyrażenie zgody na współpracę z nimi. Prof. Fryderyk Zoll był członkiem założonej przez „wodza prawa w Rzeszy” Hansa Franka, Akademii Prawa Niemieckiego. W biografii F. Zolla napisał K. Pol - „Palestra”, Pismo Adwokatury Polskiej, 30. „Prof. F. Zoll (mł.) doskonale orientował się w aktualnej sytuacji międzynarodowej i nie miał złudzeń co do ekspansji militarnej hitlerowskich Niemiec i narodowo-socjalistycznych koncepcji prawnych, według których: „wola Führera jest najwyższą ustawą, a Führer – najwyższym sędzią”. Poznał je już wcześniej, gdy jako członek Akademii Prawa Niemieckiego wielokrotnie zapraszany był na słynne „JURISTENTAGUNG” – doroczne hitlerowskie konferencje i święta prawnicze. Uczestniczył w kilku z nich niechętnie, wyłącznie na usilne prośby rządu polskiego.” Założona w 1933 roku przez uznanego w 1936r. za „wodza prawa w Rzeszy”, Hansa Franka monachijska Akademia Prawa Niemieckiego była placówką naukową, pracującą nad ukształtowaniem niemieckiego prawa zgodnie ze światopoglądem narodowo-socjalistycznym, według którego "wola Führera jest najwyższą ustawą, a Führer najwyższym sędzią". Proszę przeczytać na końcu artykułu pod podanym linkiem http://www.aferyprawa.eu/Urzednicy/Fryderyk-Zoll-wspolpracowal-z-hitlerowcami-a-z-kim-wspolpracuje-b-Rzecznik-Praw-Obywatelskich-Andrzej-Zoll-i-aktualny-J-Kochanowski-2136 kto z IPN go bronił, to jest dopiero ciekawa sprawa! No i komu tak naprawdę służył ? służy IPN, raczej nie nam Polakom kryjąc żydostwo..
    Kongres Sędziów Polskich. - Co dalej?
  • @Laznik 11:24:24
    Kapo- naukowcy ... Instytut kolaboracji...Tygodnik "Wprost", Nr 1061 (30 marca 2003) Ponad stu polskich naukowców gorliwie współpracowało z hitlerowcami. Żadnego po wojnie nie ukarano. Po rozprawieniu się z polskimi silami zbrojnymi w 1939 r. hitlerowcy
    zorganizowali w Krakowie słynna "Sonderaktion Krakau", w której wyniku do obozów koncentracyjnych wywieziono około 200 pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kilkunastu wykładowców zginęło. Niemal równocześnie powołano do życia Instytut Niemieckiej Pracy Wschodniej. Oprócz przygotowania kadry urzędniczej do pracy w administracji
    w okupowanej Polsce placówka miała "naukowo" usprawiedliwić nazistowskie plany podboju Wschodu. Hitlerowscy naukowcy mieli na przykład udowodnić, że państwo Piastów założyli wikingowie, a kulturę nad Wisłą zaszczepili Niemcy. W służbie nadludzi. Początkowo prace instytutu przebiegały opornie, gdyż brakowało kadry naukowej. Naziści postanowili więc nawiązać współpracę z "przyjaźnie nastawionymi "Polakami" czytaj żydami spośród byłej kadry uniwersyteckiej. Do końca wojny zatrudnienie w INPW znalazło ponad 150 osób, większość z nich to naukowcy, głównie z UJ.
    Początkowo mieli oni pełnić funkcje pomocnicze w archiwach, bibliotekach i przy tłumaczeniach, wkrótce okazało się jednak, iż zwerbowani naukowcy tak gorliwie pracują, że mile zaskoczeni okupanci zaczęli powierzać im samodzielne stanowiska. Współpracę "polskiej" kadry naukowej z Niemcami koordynowali dwaj światowej sławy profesorowie -językoznawca Mieczysław Malecki i historyk Władysław Semkowicz. W pracach INPW uczestniczył tez wybitny archeolog prof. Włodzimierz Antoniewicz, rektor Uniwersytetu Warszawskiego przed wojną i po niej. Zasługi prof. Maleckiego, jednego z pierwszych teoretyków geografii lingwistycznej, Niemcy opisywali w oficjalnych dokumentach jako "wspaniałe". Naukowiec pracował miedzy innymi w tzw. sekcji rasowej. Jeden z badaczy nazistowskich podziekował mu listownie za "wartościowa pomoc" w dziele, które - według dr Anetty Rybickiej, autorki opracowania "Instytut Niemieckiej Pracy Wschodniej. Kraków 1940-1945" - czynnie wspierało niemiecką propagandę zmierzającą do "naukowego uzasadnienia" konieczności eksterminacji żydów. Z kolei Władysław Semkowicz, znany przedwojenny badacz średniowiecza, stał się dla Niemców wartościowym ekspertem w dziedzinie zatrudniania w INPW kolejnych "Polaków". Oprócz światowej sławy profesorów z nazistami kolaborowali również niżsi rangą pracownicy naukowi. Doktor Rybicka wymienia Franciszka Begejowicza, Jadwigę Janikowską, Franciszka Sławskiego i Tadeusza Ulewicza jako ścisłych współpracowników Josefa Sommerfelda, szefa tzw. sekcji żydoznawczej. Żyd Sommerfeld nie miał nic do zarzucenia kolejnemu uczonemu - Tadeuszowi Nowakowi, który opracowywał dla niego teksty publicznych wystąpień. Jadwiga Jędrzejowska z kolei zajmowała się stosunkami Kościoła katolickiego z żydami. Nazistowscy naukowcy wysoko cenili pracę prof. Przemysława Dąbkowskiego, Józefa Mitkowskiego, Marii Wusatowskiej, Jana Gojskiego, Józefa Skoczka i Bronisława Kocowskiego. Od 1943 r. w sekcji rasowej INPW pracowali wyłącznie "Polacy", którzy zastąpili Niemców powołanych do wojska. Hitlerowcy nie mieli żadnych obaw przed pozostawieniem w instytucie "Polaków", których darzyli zaufaniem. Hans Graul z sekcji geograficznej chwalił przed przełożonymi dr. Jana Ernsta, nazywając go swoim najbardziej lojalnym "polskim" pracownikiem. Doktor Ernst, zatrudniony w warszawskiej filii instytutu, przeszedł na stronę nazistów i pod koniec wojny poprosił swych chlebodawców o pomoc w ewakuacji do III Rzeszy. W sekcji rasowej pracował tez zmarły w 1996 r. prof. Marian Plezia, filolog, autor wielu dzieł, z których do dzisiaj korzystają studenci historii i filologii klasycznej. Ówczesnemu magistrowi Plezi tak doskonale układała się współpraca z Niemcami, że w 1942 r. wnioskowano o jego awans. Nawet pod koniec wojny Niemcy znajdowali wśród "polskich" elit naukowych chętnych do współpracy. Instytut dostał wtedy pilne zlecenia "ważne dla wojny" i do sekcji chemicznej przyjęto dr. Jana Krzyżanowskiego, Michalinę Sabatowicz i Annę Szantroch. Zdrajcy w służbie PRL
    Do dzisiaj nie wyjaśniono, dlaczego po wojnie władze komunistyczne, które masowo skazywały na śmierć patriotów oskarżanych w sfingowanych procesach o zdradę i współpracę z nazistami, nie ukarały żadnego żydowskiego naukowca kolaboranta. Dowody obciążające niektóre osoby z grona akademickiego nie pozostawiały wątpliwości. Znany był na przykład list tłumaczki Heleny Ney do jej pracodawcy dr. Ewalda Behrensa, historyka sztuki, w którym Ney dziękowała
    za "wszystko dobre, czego doświadczyła w INPW", o czym "nigdy nie zapomni". Pisała, że "będzie jego (Behrensa) jak najlepiej wspominała" i życzyła mu, aby "nigdy nie trafił na front". Naukowcy kolaboranci najczęściej tłumaczyli, że do współpracy z nazistami zmusiła ich sytuacja materialna. Niektórzy mówili też o chęci szkodzenia Niemcom w badaniach przez przekazywanie fałszywych danych. Przekonywali, że
    zatrudniając się w INPW, chcieli mieć wgląd w polskie dokumenty historyczne i naukowe, by chronić je przed zniszczeniem. Tezom o chęci sabotowania niemieckich prac przeczy jednak to, że Niemcy mieli zawsze dobre zdanie o
    działalności "polskich" naukowców, wykazujących się pilnością i rzetelnością badawczą. Nigdy na żadnego "polskiego" pracownika INPW nie padł cień zarzutu o
    szkodzenie interesom Rzeszy. Dr Rybicka tłumaczy, że powodem pobłażliwego traktowania naukowców kolaborantów przez komunistów była chęć zjednania sobie inteligencji
    twórczej, potrzebnej jako sojusznik w tworzonej po 1945 r. rzeczywistości. Takie podejście władz było wygodne dla korporacyjnego i autarkicznego środowiska profesorskiego, które mogło przed sobą i młodzieżą odgrywać rolę ofiar okupanta. Komisje dyscyplinarne powołane po wojnie na uczelniach oczyściły z zarzutów wszystkich naukowców. W latach 1945-1947 Akademia Francuska wyrzuciła ze swego grona setki osób oskarżonych o współpracę z nazistami i rządem Vichy. W tym czasie do Polskiej Akademii Umiejętności przyjęto kilku byłych pracowników INPW.

    Sławomir Sieradzki
    Sędziowie są z Marsa a sędziny... z Wenus
  • @Laznik 11:24:24
    Następny pomiot kolaboranta...telewizyjny "autorytet"..Fryderyk Zoll współpracował z hitlerowcami. A z kim współpracuje b. Rzecznik Praw Obywatelskich Andrzej Zoll? Wniosek do władz Rzeczypospolitej Polskiej oraz przedstawicieli mediów o zobowiązanie Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, do przeprowadzenia postępowania wyjaśniającego w sprawie przyczyn zwolnienia w dniu 7 listopada 1939r. przez gestapo, ujętego podczas przeprowadzonej w dniu 6 listopada 1939r. akcji Sonderaktion Krakau, członka hitlerowskiej Akademii Prawa Niemieckiego, prof. Fryderyka Zoll oraz w sprawie okresu trwania i charakteru relacji prof. Fryderyka Zoll z rezydującymi w Polsce w okresie w okresie II wojny światowej oficerami Tajnej Policji Państwowej III Rzeszy, tj. Geheime Staatspolizei /gestapo/ i Generalnym Gubernatorem, Hansem Frank. W dniu 6 listopada 1939r. gestapo aresztowało 183 przybyłych do gmachu Collegium Novum na odczyt Sturmbahnnführera SS Bruno Müller’a profesorów i wykładowców uczelni krakowskich. Aresztowanych osadzono w więzieniu na Montelupich w Krakowie, a następnie wywieziono do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen-Oranienburg, gdzie wielu z nich zmarło z wycieńczenia. W dniu 7 listopada 1939r. z aresztu zwolniono jako jedynego z aresztowanych dzień wcześniej, prof. Fryderyka Zolla. Biograf F. Zolla, K. Pol napisał: „Aresztowanych (w tym podeszłego już wiekiem prof. Zolla) przewieziono do więzienia przy ul. Montelupich. Po dwóch dniach i zdawkowych przeprosinach prof. Zolla zwolniono /w rzeczywistości F. Zolla zwolniono nie po dwóch dniach, lecz następnego dnia po aresztowaniu w dniu 6.11.1939r., tj. 7.11.1939r. – ZKE/. Nie podzielił więc nieszczęsnego losu uczonych wywiezionych do obozu Sachsensausen, gdzie – jak np. w przypadku prof. St. Estreichera – czekała go zapewne męczeńska śmierć.” Aleksander Szumański podaje następujące przyczyny zwolnienia F. Zolla przez gestapo: „Prof. Fryderyk Zoll, jako członek Akademii Prawa Niemieckiego po interwencji osobistej Hansa Franka został natychmiast w Krakowie zwolniony.” Gestapo nie zwolniło z aresztu starszych od urodzonego w 1865r. F. Zolla profesorów UJ, jak urodzony w 1863 r. prof. Kazimierz Kostanecki oraz urodzony w 1864r. prof. Leon Sternach. Jak podaje M. Barcik w Kronice Sonderaktion Krakau ”9 XI 1939, rano - przyszedł dr M. Ciećkiewicz i zbadał chorych w celu wystawienia wniosków o zwolnienie. Prof. Władysław Konopczyński dokonał spisu wszystkich więźniów, dołączając do dokumentu ich podpisy. Około godz. 13 odzyskali wolność zwolnieni z aresztu: Adam Kleczkowski; Stanisław Ciechanowski i Witold Wilkosz (obaj ze względu na chorobę)”. Prof. F. Zoll nie został zatem zwolniony przez gestapo w dniu 7 listopada 1939r. ze względu na jego wiek lub ewentualną chorobę. Starszych od niego profesorów wywieziono do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen-Oranienburg, a badania, na podstawie wyników których zwolniono niektórych spośród aresztowanych, przeprowadzono dwa dni po zwolnieniu F. Zolla, tj. w dniu 9 listopada 1939r. Jak podaje M. Barcik w Kronice Sonderaktion Krakau, w dniu 8 listopada 1939 (…) „W południe zjawił się dr Fritz Arlt - kierownik Głównego Wydziału Ludności i Opieki Społecznej Urzędu GG - i zaproponował Kazimierzowi Stołyhwie zwolnienie i współpracę z Niemcami. K. Stołyhwo odmówił, uzasadniając to tym, że nie może przyjąć zwolnienia, jeśli aresztowani z nim koledzy mają pozostać uwięzieni.”[4] Funkcjonariusze gestapo proponowali zatem zwolnienie z aresztu wyłącznie za wyrażenie zgody na współpracę z nimi. Prof. Fryderyk Zoll był członkiem założonej przez „wodza prawa w Rzeszy” Hansa Franka, Akademii Prawa Niemieckiego. W biografii F. Zolla napisał K. Pol - „Palestra”, Pismo Adwokatury Polskiej, 30. „Prof. F. Zoll (mł.) doskonale orientował się w aktualnej sytuacji międzynarodowej i nie miał złudzeń co do ekspansji militarnej hitlerowskich Niemiec i narodowo-socjalistycznych koncepcji prawnych, według których: „wola Führera jest najwyższą ustawą, a Führer – najwyższym sędzią”. Poznał je już wcześniej, gdy jako członek Akademii Prawa Niemieckiego wielokrotnie zapraszany był na słynne „JURISTENTAGUNG” – doroczne hitlerowskie konferencje i święta prawnicze. Uczestniczył w kilku z nich niechętnie, wyłącznie na usilne prośby rządu polskiego.” Założona w 1933 roku przez uznanego w 1936r. za „wodza prawa w Rzeszy”, Hansa Franka monachijska Akademia Prawa Niemieckiego była placówką naukową, pracującą nad ukształtowaniem niemieckiego prawa zgodnie ze światopoglądem narodowo-socjalistycznym, według którego "wola Führera jest najwyższą ustawą, a Führer najwyższym sędzią". Proszę przeczytać na końcu artykułu pod podanym linkiem http://www.aferyprawa.eu/Urzednicy/Fryderyk-Zoll-wspolpracowal-z-hitlerowcami-a-z-kim-wspolpracuje-b-Rzecznik-Praw-Obywatelskich-Andrzej-Zoll-i-aktualny-J-Kochanowski-2136 kto z IPN go bronił, to jest dopiero ciekawa sprawa! No i komu tak naprawdę służył ? służy IPN, raczej nie nam Polakom kryjąc żydostwo..
    Sędziowie są z Marsa a sędziny... z Wenus
  • @@@!
    Żydowscy kolaboranci Hitlera. Szokuje nawet tytuł książki Ireneusza T. Lisiaka https://prawy.pl/5136-zydowscy-kolaboranci-hitlera-szokuje-nawet-tytul-ksiazki-ireneusza-t-lisiaka/
    Sędziowie są z Marsa a sędziny... z Wenus
  • @@@!
    Żydowscy kolaboranci Hitlera. Szokuje nawet tytuł książki Ireneusza T. Lisiaka https://prawy.pl/5136-zydowscy-kolaboranci-hitlera-szokuje-nawet-tytul-ksiazki-ireneusza-t-lisiaka/
    Kongres Sędziów Polskich. - Co dalej?
  • @RomanKa 04:34:22
    Oto te "polskie" "elyty" i ichni pomiot!...Safjan w hitlerowskim mundurze...Podczas Nadzwyczajnego Kongresu Sędziów Polskich sędzia Marek Safjan (to on steruje Rzeplińskim i go nakręca) jako „smutne” określił dezawuowanie wiarygodności dwójki sędziów poprzez opisywanie przeszłości ich rodziców. Tymczasem „Gazeta Polska” dotarła do nowych dokumentów dotyczących przeszłości ojca sędziego Safjana. Był on nie tylko współpracownikiem komunistycznej Informacji Wojskowej, lecz także funkcjonariuszem hitlerowskiego Grenzschutzu, walczącego z Armią Krajową. Część opisywanych tu faktów została już wcześniej ujawniona w publikacjach prof. Andrzeja Nowaka, Macieja Replewicza czy Joanny Siedleckiej. „Gazeta Polska” dotarła jednak do odnalezionych w Centralnym Archiwum Wojskowym dokumentów, w tym teczki personalnej Safjana z okresu jego powojennej służby w Głównym Zarządzie Politycznym LWP.

    W Grenzschutzu na ochotnika.

    Jak wynika z dokumentów, w latach 1943–1944 Zbigniew Safjan służył w mundurze hitlerowskiej policji Grenzschutz, zwanej też „Zoll”. Zgłosił się do niej na ochotnika. Mieszkał wówczas w miejscowości Różana. Niemcy urządzili w tej osadzie województwa brzeskiego getto żydowskie. W 1942 r. przystąpili do jego likwidacji. Deportowali jego mieszkańców do obozu w Wołkowysku, skąd wkrótce wywieziono ich do komór gazowych Treblinki. Na terenie Różany doszło do licznych egzekucji – zamordowano ponad 120 osób. Wielu zabito podczas marszu do Wołkowyska. Różana i okolice były regionem zapalnym przy granicy III Rzeszy z Białorusią. Safjan był świadkiem tych dramatycznych wydarzeń. Nosił hitlerowski mundur i broń. Zachowało się jego zdjęcie w uniformie policji nazistowskiego państwa. Jej oddziały brały aktywny udział w walkach z partyzantkami antyhitlerowskimi.
    Według informacji, jaką otrzymała w 1950 r. peerelowska prokuratura wojskowa, „Safjan pewnego razu w potyczce z partyzantami specjalnie się wyróżnił, od wojskowych władz niemieckich otrzymał pochwałę i był stawiany jako wzór dobrego żołnierza”.

    Rozstrzelany przez donos Safjana.

    Z formacją Safjana – policją Grenzschutz – ścierały się m.in. oddziały AK. Właśnie z rąk tych funkcjonariuszy zginął w akcji w Sieczychach komendant Tadeusz Zawadzki „Zośka”. Safjan uciekł z niemieckim wojskiem w 1944 r., gdy front armii sowieckiej przesunął się na zachód. W niewyjaśnionych – także przez komunistyczną bezpiekę – okolicznościach Safjan przedostał się następnie przez linię frontu i wstąpił do Armii Czerwonej. Z niej trafił do szeregów II Armii WP. Po wojnie zaczął robić szybką karierę i wkrótce został szefem wydziału propagandy Głównego Zarządu Politycznego. Odpowiadał za polityczne szkolenia żołnierzy i wtłaczanie im propagandy marksistowsko-leninowskiej. W 1945 r. Safjan złożył po rosyjsku donos do Informacji Wojskowej na swojego kolegę z wojska. 21-letni żołnierz AK Jan Nessler wcielony został do armii dowodzonej przez gen. Karola Świerczewskiego. Zwierzył się Safjanowi, że nie wie, czy złożyć przysięgę na wierność tworowi, na którego czele stoi Bolesław Bierut, czy uciekać do partyzantki niepodległościowej. Nessler został w istocie skazany przez sąd wojskowy za przynależność do AK. Zarzucono mu, że chciał wciągnąć do współpracy Safjana, by utrzymywać kontakt AK z ludnością cywilną. Wyrok – karę śmierci – wykonano poprzez rozstrzelanie.

    „Politycznie zupełnie pewny”.

    W wojsku Safjan szybko zasłużył sobie na pochlebne opinie przełożonych. Jego dowódcy stwierdzali, że „jest oficerem szczerze oddanym sprawie Polski Demokratycznej”. Przy okazji wniosku o awans na porucznika, w 1946 r. napisano zaś, że „pracuje politycznie chętnie, doskonale pojmuje sytuację polityczną kraju, politycznie zupełnie pewny, poglądów demokratycznych”. Safjan był wyróżniany przez kierownictwo GZP za polityczne uświadamianie kadr i walkę z „prawicowo-nacjonalistycznymi odchyleniami”. W związku z 32. rocznicą Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej majorowi Safjanowi przyznano premię pieniężną 6000 zł. Po roku również otrzymał takie wyróżnienie. Ówczesny szef wyszkolenia politycznego żołnierzy występował też o karty wczasowe dla żony i dziecka w wojskowym ośrodku wczasowym w Juracie.

    Stawka większa niż życie.

    Współpracę z niemieckim okupantem Safjan ukrył przed komunistyczną władzą. Jednak gdy cała prawda wyszła na jaw podczas przesłuchania przed zwerbowaniem go przez Informację Wojskową, Safjan przyznał się, że kłamał w życiorysie, ukrywając fakt służby w hitlerowskiej formacji. W śledztwie dotyczącym jego współpracy z niemieckim okupantem wskazał nazwiska innych osób robiących po wojnie karierę w MBP, którzy służyli w Grenzschutzu. Chociaż po ujawnieniu współpracy Safjana z nazistami został on usunięty z wojska, zdegradowany do szeregowca i wykluczony z partii, nie spowodowało to jego publicznej śmierci. Przeciwnie, wówczas otworzył się nowy etap jego wielkiej kariery jako wpływowej postaci PRL, a później III RP. W cywilu dalej mógł pracować jako propagandysta i kontynuować rozpoczętą już w wojsku pracę dziennikarską. Prowadził też działalność literacką, stał się autorem bestsellerów takich jak „Potem nastąpi cisza”, „Do krwi ostatniej” czy sztandarowej „Stawki większej niż życie”, w której to wykreował na „bohatera” PRL agenta NKWD Hansa Klossa. W 1951 r. Safjan został zwerbowany jako TW przez Informację Wojskową, obierając sobie ps. „Żerań”. W zobowiązaniu do współpracy stwierdził, że jest świadom odpowiedzialności karnej za popełnione przestępstwa zatajenia przed władzami wojskowymi faktu przynależności w okresie okupacji do organizacji „Zoll”, jak i współpracy z Niemcami. „Zobowiązuję się współpracować z organami Informacji MON w ujawnianiu szpiegów, dywersantów i innych wrogów Demokratycznej Polski i Wojska Polskiego” – poświadczał Safjan. Po latach przerwy, od 1967 r. ponownie działał w PZPR, będąc m.in. działaczem Komitetu Warszawskiego partii. W stanie wojennym trafił do Tymczasowej Rady Krajowej Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. Był też we władzach krajowych Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej.

    Marek Safjan: ojciec opuścił naszą rodzinę.

    Syn scenarzysty Marek Safjan, były szef Trybunału Konstytucyjnego, stanął w pierwszym szeregu rokoszu sędziowskiego wobec państwa rządów PiS. – Sytuacja jest graniczna. Bardzo niebezpieczna – mówił o konflikcie wokół TK przed rozpoczęciem Nadzwyczajnego Kongresu Sędziów Polskich w Warszawie. – Istnieje bardzo poważne zagrożenie dla demokracji – stwierdzał w wypowiedzi dla Niezależnej.pl Marek Safjan. Pytany o swój rodzinny rodowód, stwierdził: – A cóż ja mam wspólnego z moim ojcem? Opuścił naszą rodzinę, gdy miałem trzy lata. Sprzeciwiałem się jego poglądom. Łączenie mojego życiorysu z jego biografią jest prymitywizowaniem dyskusji o państwie – stwierdził. Czy na pewno Marek Safjan nie miał nic wspólnego z ojcem? Już jako szef Trybunału Konstytucyjnego publikował w piśmie „Słowo Żydowskie”, które od 2006 r. prowadził jego ojciec. Wówczas to w tekście „Refleksje z Krety” podpisał się pod całością wywodu Jana Tomasza Grossa z książki „Strach” o antysemityzmie Polaków. Do publikacji Grossa odnosił się apologetycznie, nie dostrzegając fałszerstw i wyciągania nieuprawnionych, oszczerczych dla Polski wniosków.
    Ps..Tate(jak ten żyd uchował się podczas holocośtam?) śmieciem był a synalek członkiem "kasty sędziowskiej" jest. Safian i jego żona to antypolscy działacze. No tak... "elity", "nadzwyczajna kasta ludzi". Polska jest zażydzona do granic możliwości. Wszędzie mamy pełno żydowskich zdrajców i bandytów. Odbierać im emerytury i deportować po odsiadce. Resortowe dzieci... Miała rację ta Kamińska(pewnie z takim samym rodowodem, zresztą jak oni wszyscy na tym ich chazarskim sabacie/szabacie), co mówiła o nadzwyczajnej kaście. Mamy rok 2016 a na eksponowanych stanowiskach nadal przedstawiciele ciekawych rodzinek. Przemiana kolaboranta hitlerowskiego w kolaboranta sowieckiego, jak to było u Safjana, w PRLu była typowa, jako forma zabezpieczenia przed ściganiem za zbrodnie.Wielu przestępcom hitlerowskim udało się uniknąć odpowiedzialności, kiedy ochronny parasol hitlerowski, sprytnie zamienili na żydobolszewicki. No nie! Same obrotowe żydki, gotowe do współpracy z każdym naszym wrogiem! Nic więc dziwnego, że żyjemy w obozie koncentracyjnym. Trzeba ich zneutralizować! Jak to możliwe, że tacy ludzie sprawuje funkcje publiczne w Polsce? Ten fakt, dobitnej niż cokolwiek innego ukazuje standard i jakość naszego Państwa. Mam nadzieję, że czas w którym to będzie niemożliwe nadchodzi. Czego sobie i wszystkim serdecznie życzę!
    Kongres Sędziów Polskich. - Co dalej?
  • Oto te "polskie" "elyty" i ichni pomiot!
    Safjan w hitlerowskim mundurze...Podczas Nadzwyczajnego Kongresu Sędziów Polskich sędzia Marek Safjan (to on steruje Rzeplińskim i go nakręca) jako „smutne” określił dezawuowanie wiarygodności dwójki sędziów poprzez opisywanie przeszłości ich rodziców. Tymczasem „Gazeta Polska” dotarła do nowych dokumentów dotyczących przeszłości ojca sędziego Safjana. Był on nie tylko współpracownikiem komunistycznej Informacji Wojskowej, lecz także funkcjonariuszem hitlerowskiego Grenzschutzu, walczącego z Armią Krajową. Część opisywanych tu faktów została już wcześniej ujawniona w publikacjach prof. Andrzeja Nowaka, Macieja Replewicza czy Joanny Siedleckiej. „Gazeta Polska” dotarła jednak do odnalezionych w Centralnym Archiwum Wojskowym dokumentów, w tym teczki personalnej Safjana z okresu jego powojennej służby w Głównym Zarządzie Politycznym LWP.

    W Grenzschutzu na ochotnika.

    Jak wynika z dokumentów, w latach 1943–1944 Zbigniew Safjan służył w mundurze hitlerowskiej policji Grenzschutz, zwanej też „Zoll”. Zgłosił się do niej na ochotnika. Mieszkał wówczas w miejscowości Różana. Niemcy urządzili w tej osadzie województwa brzeskiego getto żydowskie. W 1942 r. przystąpili do jego likwidacji. Deportowali jego mieszkańców do obozu w Wołkowysku, skąd wkrótce wywieziono ich do komór gazowych Treblinki. Na terenie Różany doszło do licznych egzekucji – zamordowano ponad 120 osób. Wielu zabito podczas marszu do Wołkowyska. Różana i okolice były regionem zapalnym przy granicy III Rzeszy z Białorusią. Safjan był świadkiem tych dramatycznych wydarzeń. Nosił hitlerowski mundur i broń. Zachowało się jego zdjęcie w uniformie policji nazistowskiego państwa. Jej oddziały brały aktywny udział w walkach z partyzantkami antyhitlerowskimi.
    Według informacji, jaką otrzymała w 1950 r. peerelowska prokuratura wojskowa, „Safjan pewnego razu w potyczce z partyzantami specjalnie się wyróżnił, od wojskowych władz niemieckich otrzymał pochwałę i był stawiany jako wzór dobrego żołnierza”.

    Rozstrzelany przez donos Safjana.

    Z formacją Safjana – policją Grenzschutz – ścierały się m.in. oddziały AK. Właśnie z rąk tych funkcjonariuszy zginął w akcji w Sieczychach komendant Tadeusz Zawadzki „Zośka”. Safjan uciekł z niemieckim wojskiem w 1944 r., gdy front armii sowieckiej przesunął się na zachód. W niewyjaśnionych – także przez komunistyczną bezpiekę – okolicznościach Safjan przedostał się następnie przez linię frontu i wstąpił do Armii Czerwonej. Z niej trafił do szeregów II Armii WP. Po wojnie zaczął robić szybką karierę i wkrótce został szefem wydziału propagandy Głównego Zarządu Politycznego. Odpowiadał za polityczne szkolenia żołnierzy i wtłaczanie im propagandy marksistowsko-leninowskiej. W 1945 r. Safjan złożył po rosyjsku donos do Informacji Wojskowej na swojego kolegę z wojska. 21-letni żołnierz AK Jan Nessler wcielony został do armii dowodzonej przez gen. Karola Świerczewskiego. Zwierzył się Safjanowi, że nie wie, czy złożyć przysięgę na wierność tworowi, na którego czele stoi Bolesław Bierut, czy uciekać do partyzantki niepodległościowej. Nessler został w istocie skazany przez sąd wojskowy za przynależność do AK. Zarzucono mu, że chciał wciągnąć do współpracy Safjana, by utrzymywać kontakt AK z ludnością cywilną. Wyrok – karę śmierci – wykonano poprzez rozstrzelanie.

    „Politycznie zupełnie pewny”.

    W wojsku Safjan szybko zasłużył sobie na pochlebne opinie przełożonych. Jego dowódcy stwierdzali, że „jest oficerem szczerze oddanym sprawie Polski Demokratycznej”. Przy okazji wniosku o awans na porucznika, w 1946 r. napisano zaś, że „pracuje politycznie chętnie, doskonale pojmuje sytuację polityczną kraju, politycznie zupełnie pewny, poglądów demokratycznych”. Safjan był wyróżniany przez kierownictwo GZP za polityczne uświadamianie kadr i walkę z „prawicowo-nacjonalistycznymi odchyleniami”. W związku z 32. rocznicą Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej majorowi Safjanowi przyznano premię pieniężną 6000 zł. Po roku również otrzymał takie wyróżnienie. Ówczesny szef wyszkolenia politycznego żołnierzy występował też o karty wczasowe dla żony i dziecka w wojskowym ośrodku wczasowym w Juracie.

    Stawka większa niż życie.

    Współpracę z niemieckim okupantem Safjan ukrył przed komunistyczną władzą. Jednak gdy cała prawda wyszła na jaw podczas przesłuchania przed zwerbowaniem go przez Informację Wojskową, Safjan przyznał się, że kłamał w życiorysie, ukrywając fakt służby w hitlerowskiej formacji. W śledztwie dotyczącym jego współpracy z niemieckim okupantem wskazał nazwiska innych osób robiących po wojnie karierę w MBP, którzy służyli w Grenzschutzu. Chociaż po ujawnieniu współpracy Safjana z nazistami został on usunięty z wojska, zdegradowany do szeregowca i wykluczony z partii, nie spowodowało to jego publicznej śmierci. Przeciwnie, wówczas otworzył się nowy etap jego wielkiej kariery jako wpływowej postaci PRL, a później III RP. W cywilu dalej mógł pracować jako propagandysta i kontynuować rozpoczętą już w wojsku pracę dziennikarską. Prowadził też działalność literacką, stał się autorem bestsellerów takich jak „Potem nastąpi cisza”, „Do krwi ostatniej” czy sztandarowej „Stawki większej niż życie”, w której to wykreował na „bohatera” PRL agenta NKWD Hansa Klossa. W 1951 r. Safjan został zwerbowany jako TW przez Informację Wojskową, obierając sobie ps. „Żerań”. W zobowiązaniu do współpracy stwierdził, że jest świadom odpowiedzialności karnej za popełnione przestępstwa zatajenia przed władzami wojskowymi faktu przynależności w okresie okupacji do organizacji „Zoll”, jak i współpracy z Niemcami. „Zobowiązuję się współpracować z organami Informacji MON w ujawnianiu szpiegów, dywersantów i innych wrogów Demokratycznej Polski i Wojska Polskiego” – poświadczał Safjan. Po latach przerwy, od 1967 r. ponownie działał w PZPR, będąc m.in. działaczem Komitetu Warszawskiego partii. W stanie wojennym trafił do Tymczasowej Rady Krajowej Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. Był też we władzach krajowych Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej.

    Marek Safjan: ojciec opuścił naszą rodzinę.

    Syn scenarzysty Marek Safjan, były szef Trybunału Konstytucyjnego, stanął w pierwszym szeregu rokoszu sędziowskiego wobec państwa rządów PiS. – Sytuacja jest graniczna. Bardzo niebezpieczna – mówił o konflikcie wokół TK przed rozpoczęciem Nadzwyczajnego Kongresu Sędziów Polskich w Warszawie. – Istnieje bardzo poważne zagrożenie dla demokracji – stwierdzał w wypowiedzi dla Niezależnej.pl Marek Safjan. Pytany o swój rodzinny rodowód, stwierdził: – A cóż ja mam wspólnego z moim ojcem? Opuścił naszą rodzinę, gdy miałem trzy lata. Sprzeciwiałem się jego poglądom. Łączenie mojego życiorysu z jego biografią jest prymitywizowaniem dyskusji o państwie – stwierdził. Czy na pewno Marek Safjan nie miał nic wspólnego z ojcem? Już jako szef Trybunału Konstytucyjnego publikował w piśmie „Słowo Żydowskie”, które od 2006 r. prowadził jego ojciec. Wówczas to w tekście „Refleksje z Krety” podpisał się pod całością wywodu Jana Tomasza Grossa z książki „Strach” o antysemityzmie Polaków. Do publikacji Grossa odnosił się apologetycznie, nie dostrzegając fałszerstw i wyciągania nieuprawnionych, oszczerczych dla Polski wniosków.
    Ps..Tate(jak ten żyd uchował się podczas holocośtam?) śmieciem był a synalek członkiem "kasty sędziowskiej" jest. Safian i jego żona to antypolscy działacze. No tak... "elity", "nadzwyczajna kasta ludzi". Polska jest zażydzona do granic możliwości. Wszędzie mamy pełno żydowskich zdrajców i bandytów. Odbierać im emerytury i deportować po odsiadce. Resortowe dzieci... Miała rację ta Kamińska(pewnie z takim samym rodowodem, zresztą jak oni wszyscy na tym ich chazarskim sabacie/szabacie), co mówiła o nadzwyczajnej kaście. Mamy rok 2016 a na eksponowanych stanowiskach nadal przedstawiciele ciekawych rodzinek. Przemiana kolaboranta hitlerowskiego w kolaboranta sowieckiego, jak to było u Safjana, w PRLu była typowa, jako forma zabezpieczenia przed ściganiem za zbrodnie.Wielu przestępcom hitlerowskim udało się uniknąć odpowiedzialności, kiedy ochronny parasol hitlerowski, sprytnie zamienili na żydobolszewicki. No nie! Same obrotowe żydki, gotowe do współpracy z każdym naszym wrogiem! Nic więc dziwnego, że żyjemy w obozie koncentracyjnym. Trzeba ich zneutralizować! Jak to możliwe, że tacy ludzie sprawuje funkcje publiczne w Polsce? Ten fakt, dobitnej niż cokolwiek innego ukazuje standard i jakość naszego Państwa. Mam nadzieję, że czas w którym to będzie niemożliwe nadchodzi. Czego sobie i wszystkim serdecznie życzę!
    Sędziowie są z Marsa a sędziny... z Wenus
  • @Laznik 11:24:24
    Kastowość środowiska sędziowskiego to bardzo trafna diagnoza...Nie dość, że ta grupa się nie oczyściła, nie oczyściła się sama, jak zapowiadał w pierwszych latach III Rzeczypospolitej jeden ze znanych prawników, to jeszcze III RP przyznała sobie sama szczególne prawa. Choćby prawo do personalnego kształtowania swojego zawodu. Dochodziło do tego, że do czasu uwolnienia tego zawodu trzeba było należeć do rodziny kogoś ze środowiska, żeby awansować. To powszechnie znane sprawy. Przywileje nadzwyczajnej kasty są dziedziczne. I w polskim sądownictwie to widać. Patrząc na sądownictwo szerzej, to widać, że w PRL to była jedna z najbardziej zdeprawowanych grup ludzi. Tam odbywała się wręcz selekcja negatywna. To grupa, która przeszła do III RP bez żadnej weryfikacji.Jeśli już mówimy o aferze reprywatyzacyjnej, to nie byłoby jej, gdyby nie sędziowie. To oni wydawali absurdalne wyroki, ustanawiali kuratorów dla 140-letnich ludzi. Czy takiemu sędziemu ktoś zabrania myśleć? Czy robi to celowo? Jak większość komentatorów, zgadzam się w pełni ze stwierdzeniami zawartymi w tekście. Osobiste doświadczenia z tzw. "wymiarem sprawiedliwości", pewna znajomość "kuchni" tego wyjątkowego zawodu powoduje, że od dawna jestem zwolennikiem opcji zerowej w sadownictwie. Zrozumienie, że u podstaw obecnego stanu rzeczy leży sądownictwo rodem z czasów Berii i Bieruta, to klucz do zrozumienia dotychczasowych porażek w zrywaniu pęt zniewolenia w które wpadliśmy po II wojnie światowej. Pytanie do Rządu: na co jeszcze czekacie z tą lustracją sądownictwa.
    Sędziowie są z Marsa a sędziny... z Wenus
  • @RomanKa 04:34:22
    Kastowość środowiska sędziowskiego to bardzo trafna diagnoza...Nie dość, że ta grupa się nie oczyściła, nie oczyściła się sama, jak zapowiadał w pierwszych latach III Rzeczypospolitej jeden ze znanych prawników, to jeszcze III RP przyznała sobie sama szczególne prawa. Choćby prawo do personalnego kształtowania swojego zawodu. Dochodziło do tego, że do czasu uwolnienia tego zawodu trzeba było należeć do rodziny kogoś ze środowiska, żeby awansować. To powszechnie znane sprawy. Przywileje nadzwyczajnej kasty są dziedziczne. I w polskim sądownictwie to widać. Patrząc na sądownictwo szerzej, to widać, że w PRL to była jedna z najbardziej zdeprawowanych grup ludzi. Tam odbywała się wręcz selekcja negatywna. To grupa, która przeszła do III RP bez żadnej weryfikacji.Jeśli już mówimy o aferze reprywatyzacyjnej, to nie byłoby jej, gdyby nie sędziowie. To oni wydawali absurdalne wyroki, ustanawiali kuratorów dla 140-letnich ludzi. Czy takiemu sędziemu ktoś zabrania myśleć? Czy robi to celowo? Jak większość komentatorów, zgadzam się w pełni ze stwierdzeniami zawartymi w tekście. Osobiste doświadczenia z tzw. "wymiarem sprawiedliwości", pewna znajomość "kuchni" tego wyjątkowego zawodu powoduje, że od dawna jestem zwolennikiem opcji zerowej w sadownictwie. Zrozumienie, że u podstaw obecnego stanu rzeczy leży sądownictwo rodem z czasów Berii i Bieruta, to klucz do zrozumienia dotychczasowych porażek w zrywaniu pęt zniewolenia w które wpadliśmy po II wojnie światowej. Pytanie do Rządu: na co jeszcze czekacie z tą lustracją sądownictwa.
    Kongres Sędziów Polskich. - Co dalej?
  • @@@!
    Kastowość środowiska sędziowskiego to bardzo trafna diagnoza...Nie dość, że ta grupa się nie oczyściła, nie oczyściła się sama, jak zapowiadał w pierwszych latach III Rzeczypospolitej jeden ze znanych prawników, to jeszcze III RP przyznała sobie sama szczególne prawa. Choćby prawo do personalnego kształtowania swojego zawodu. Dochodziło do tego, że do czasu uwolnienia tego zawodu trzeba było należeć do rodziny kogoś ze środowiska, żeby awansować. To powszechnie znane sprawy. Przywileje nadzwyczajnej kasty są dziedziczne. I w polskim sądownictwie to widać. Patrząc na sądownictwo szerzej, to widać, że w PRL to była jedna z najbardziej zdeprawowanych grup ludzi. Tam odbywała się wręcz selekcja negatywna. To grupa, która przeszła do III RP bez żadnej weryfikacji.Jeśli już mówimy o aferze reprywatyzacyjnej, to nie byłoby jej, gdyby nie sędziowie. To oni wydawali absurdalne wyroki, ustanawiali kuratorów dla 140-letnich ludzi. Czy takiemu sędziemu ktoś zabrania myśleć? Czy robi to celowo? Jak większość komentatorów, zgadzam się w pełni ze stwierdzeniami zawartymi w tekście. Osobiste doświadczenia z tzw. "wymiarem sprawiedliwości", pewna znajomość "kuchni" tego wyjątkowego zawodu powoduje, że od dawna jestem zwolennikiem opcji zerowej w sadownictwie. Zrozumienie, że u podstaw obecnego stanu rzeczy leży sądownictwo rodem z czasów Berii i Bieruta, to klucz do zrozumienia dotychczasowych porażek w zrywaniu pęt zniewolenia w które wpadliśmy po II wojnie światowej. Pytanie do Rządu: na co jeszcze czekacie z tą lustracją sądownictwa.
    Jadowita korporacja
  • @kfakfa 22:51:34
    Gen. bryg. Adam Joks ma 50 lat, jest absolwentem Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu, Studiów Bezpieczeństwa w Europejskim Centrum Studiów im. George C. Marshalla w Garmisch-Partenkirchen w Niemczech i studiów polityki obronnej w Akademii Wojennej Wojsk Lądowych w Carlisle Barracks w Stanach Zjednoczonych. Służył m.in. w 34 Brygadzie Kawalerii Pancernej w Żaganiu, był na misji w Iraku, dowodził Centralną Grupą Wsparcia Współpracy Cywilno-Wojskowej w Kielcach, 6. Brygadą Powietrznodesantową w Krakowie i Wielonarodową Brygadą LITPOLUKRBRIG.
    Gen. Joks zastąpi gen. Marchwicę, który od marca br. szefował Zarządowi Wojsk Aeromobilnych i Zmotoryzowanych w Dowództwie Generalnym.
    Gen. bryg. Wojciech Marchwica ma 50 lat, jest absolwentem Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych, studiował m.in. na Akademii Obrony Narodowej oraz na Narodowym Uniwersytecie Obrony Chińskiej Republiki Ludowej w Pekinie. Pełnił służbę m.in. w 21 Brygadzie Strzelców Podhalańskich; dowodził Polsko-Ukraińskim Batalionem Sił Pokojowych i 6. Brygadą Powietrznodesantową; uczestniczył w misjach w Kosowie, Iraku i Afganistanie.
    Ppłk Robert Kopacki - jak podało MON w jego biogramie - ma 49 lat, jest absolwentem Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych i Akademii Obrony Narodowej. Pełnił służbę m.in. w 6. Brygadzie Desantowo-Szturmowej i Dowództwie Wojsk Specjalnych. Był na misji w Iraku.
    IIIRP – żydowskiej Polski dzień powszedni
  • @RomanKa 03:32:39
    Tylko w dzikim kraju możliwe takie rzeczy, żeby całkowicie nieodpowiedzialnych niedouczonych gówniarzy i chłystków robić sędziami, prokuratorami.Powiem tak, jeśli PiS nie rozprawi się z sektą sędziowsko-prokuratorsko-prawniczą, to ta sekta rozprawi się z PiSem i to bez litości. Zacznijcie wreszcie aresztowania, bo już wam podskakują do gardła. Sprawy zaszły już tak daleko, że nie ma innego wyjścia.
    Sędziowie są z Marsa a sędziny... z Wenus
  • @RomanKa 04:34:22
    Tylko w dzikim kraju możliwe takie rzeczy, żeby całkowicie nieodpowiedzialnych niedouczonych gówniarzy i chłystków robić sędziami, prokuratorami.Powiem tak, jeśli PiS nie rozprawi się z sektą sędziowsko-prokuratorsko-prawniczą, to ta sekta rozprawi się z PiSem i to bez litości. Zacznijcie wreszcie aresztowania, bo już wam podskakują do gardła. Sprawy zaszły już tak daleko, że nie ma innego wyjścia.
    Kongres Sędziów Polskich. - Co dalej?