Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!

Komentarze kula Lis 67

  • Sanocki.
    Gdybyśmy mieli Jednomandatowe Okręgi Wyborcze, to mogłaby być wprowadzona instytucja odwołania posła i myślę, że wielu posłów, z jednej i z drugiej strony, mogłoby zostać przez obywateli odwołanych Jeden z najgłupszych i najbardziej niebezpiecznych pomysłów prawnych. Gdybyśmy mieli jednomandatowe okręgi wyborcze to w parlamencie byłoby jeszcze więcej hołoty. Gdybyśmy mieli JOW-y, Sanocki, to tante Makrela do spółki z Sorosem zafundowaliby nam posłów o jakich się wam nie śniło, bo stać ich. Już dzisiaj widać, co robi PO dla DDR.
    Czy padnie rozkaz?
  • @Ziut
    Śmiech na sali. PiS powinien wytargać ich za pomocą Straży Marszałkowskiej. Bandyci i złodzieje nie mogą pogodzić się z utratą stołków i bezczelnie robią burdy. Znaleźli się... Obrońcy demokracji...
    Oni w ogóle nie powinni mieć wstępu do Sejmu, do żadnych ważnych państwowo stanowisk. Ich miejsce jest w więzieniu. Na co liczy Prawo i Sprawiedliwość? Platformiane odpady moralno - przestępcze jak nie poprzez blokowanie mównicy, to w inny sposób będą sabotować państwo polskie, Sejm etc. PiS tak bardzo cackając się z nimi, sam buduje u nich poczucie bezkarności, butę i coraz większą arogancję.
    Od czego są regulaminy sejmowe, od czego jest Kodeks Karny?
    Kiedy wreszcie PiS to zrozumie?
    Kaczyński: Polska zwycięży wbrew wrogom, wbrew zdrajcom
  • Ziut
    Józef Mackiewicz powiedział, że kto zaczął dialog z komunistami, ten już przegrał. Jedyny dialog z komunistami, twierdził, to kto strzeli pierwszy.
    Kaczyński: Polska zwycięży wbrew wrogom, wbrew zdrajcom
  • Co pan na to panie Stanislawie?
    Czy wiecie, że właścicielami TVN nie są amerykanie, ale ROSJANIE!! 16 marca 2015 r Grupa ITI i Grupa Canal+ sprzedała większościowy udział 52,7% w TVN S.A za 548 mln euro grupie Scripps Networks Interactive. Dzięki temu amerykański koncern stał się właścicielem TVN.28 września 2015r SNI za pośrednictwem spółki zależnej Southbank Media skupił od inwestorów z GPW niemal wszystkie akcje TVN. Do 98,76%.

    Teraz najlepsze: 20 czerwca 2016: Moskwa. Jak podaje Kommersant, Ivan Rodionov, były członek Rostelecom (!) i Igor Pozhitkov, były szef International Federation of Phonogram Producers (IFPI), nabyli 80% akcji SNI (właściciela TVN). Firma sprzedała udziały, pozostawiając sobie 20% w związku z koniecznością dostosowania się do zmiany prawa, które weszło w życie na początku 2016 roku, a polega na ograniczeniu własności zagranicznej w spółkach medialnych działających w Rosji.

    Źródło: http://www.broadbandtvnews.com/2016/06/20/scripps-sells-up-in-russia/

    Myślę, że każdy Polak powinien wiedzieć do kogo tak na prawdę należy TVN. Powinniście trąbić o tym wszędzie, bo wielu Polaków myśli, że skoro TVN jest amerykański to jest rzetelny. Bujda na resorach.
    10 lat namierzania ITI
  • @@@!
    http://warszawskagazeta.pl/media/k2/items/cache/5b2bcffcbd7af212a2634dd0f05a16eb_L.jpg Najwięksi sponsorzy kampanii wyborczej Hillary Clinton to Żydzi. To nie cytat z Protokołów Mędrców Syjonu, to donos izraelskiej „Haaretz”. A dla niej pisanie o żydowskiej potędze to nie antysemityzm, ale dozwolone, a nawet pożądane działanie.

    Na czele listy są George Soros, Jay Pritzker, Donald Sussman, Daniel Abraham i Haim Saban. „Piątkę” wymienił też „Washington Post” (a za nią Żydowska Agencja Telegraficzna), dodając, że chodzi o izraelsko-amerykańskich właścicieli funduszy hedgingowych i potentata przemysłu hazardowego, którzy wcześniej zasilali Fundację Clintonów, czyli pralnię pieniędzy trafiających na konta prywatne Billa i Hillary. Czy coś znaczyło, że cała „piątka” to Żydzi i wielcy zwolennicy Izraela? Czy nie żądali w zamian specjalnego traktowania? Jeden z nich, Haim Saban rzekł kiedyś: Jestem facetem jednego tematu, a tym tematem jest Izrael. Gigantyczne pieniądze fundacja otrzymała z Wall Street. Swe sakiewki otworzyło dla niej wiele hollywoodzkich gwiazd. Czy im też coś obiecała? A może to wszystko antysemickie plotki? Według „Wall Street Journal” gospodarzem fundraisingowej gali (bilet wstępu 100 tys. od łebka) była Lynn Forester de Rothschild. Osiem milionów dał Soros. Grosza nie poskąpił Steven Spielberg i jego biznesowy partner z Dream Works Jeffrey Katzenberg – każdy dał po milionie. Według „Washington Post” za 12 wystąpień przed bankierami z Wall Street Clintonowa zainkasowała 3 mln dolarów (600 tys. tylko za prelekcję dla Goldman Sachs). Nie poprzecie mnie, bo ja nie chcę waszych pieniędzy – Trump przekomarzał się z aktywistami Republican Jewish Coalition, przesłuchującymi kandydatów do Białego Domu. Każdy z nich miał swego żydowskiego przyjaciela i sponsora, dla których – jak to zgrabnie ujął Nathan Gutman z wydawanego w Nowym Jorku w angielskim i jidysz „Forward” – „rozstawili żydowski kram”. Tylko Trump, mimo że w prawyborach wysuwał się na czoło, nie miał nikogo. Brylowali Jeb Bush, Marco Rubio, Ted Cruz i Lindsey Graham. Ten ostatni obiecywał: będziecie mieli pierwszy w historii w pełni żydowski rząd. Wszyscy ze wstrętem wymawiali słowo „Trump”. Ani grosza nie dali menedżerzy funduszów hedgingowych Paul Singer i Bruce Kovner, poparcia odmówił diler samochodowy z Florydy Norman Braman i Larry Ellison z Doliny Silikonowej. Czy brak poparcia żydowskich „dobroczyńców” coś znaczył? Tylko teoretycznie, bo Trump napisał tu nowe reguły gry – w przeciwieństwie do innych kandydatów, o względy i pieniądze żydowskiej elity nie zabiegał. Miał coś, czego nie mieli faworyci Jewish Coalition – wielki i znany biznes.

    Według Żydowskiej Agencji Telegraficznej spośród pretendentów do urzędu prezydenta najbardziej powiązany z Żydami był Trump: urodził się i całe życie spędził na Manhattanie, a biznes prowadzi w nasyconym Żydami sektorze nieruchomości. W pewnym sensie jest bardziej insiderem niż outsiderem tej społeczności – jego córka, zięć i dwóch wnuków to Żydzi, a prawą ręką w biznesie jest Michael Cohen. I wreszcie, jako jedyny spośród kandydatów ma hucpę. Dla porządku przypomnijmy: mężem jego córki jest Jared Kushner, syn znanej nowojorskiej rodziny handlarzy nieruchomościami; córka Ivanka przeszła na judaizm, jest członkiem ortodoksyjnej synagogi Looksteina i przestrzega szabatu (sam Trump jest prezbiterianinem, ale – jak mówi – do kościoła chodzi tylko z okazji Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy). Nawiasem mówiąc, za Żyda córkę wydali też Clintonowie, ta jednak pozostała przy wierze ojców. W lutym 2015 r. podczas gali żydowskiego stowarzyszenia prasowego Algemeiner Trump głosił: Chcę podziękować mojej żydowskiej córce. Mam żydowską córkę (…) tego nie było w planie, ale jestem szczęśliwy, że do tego doszło. Wyraźnie nieświadomy, że nawiązuje do antysemickich stereotypów, raz po raz podkreślał swe pokrewieństwo duszy z żydowskim audytorium. Mówił o łączącym go z Żydami handlowym zmyśle, przymilał się: Chłopaki, jestem handlarzem, tak jak wy. Zapytany, jak podejdzie do rozmów Izraela z Palestyńczykami, wykręcał się: Czy nikt na tej sali nie negocjował kontraktów? Dobry handlarz wie, że przed grą w pokera nie pokazuje się swych kart. Jego wystąpienie przyjęto z rozbawieniem, ale i nieukrywaną pogardą. Gdy odmówił odpowiedzi na pytanie o status Jerozolimy, został wprost wygwizdany. Nie dotarło do niego, że audytorium nie chodziło o filosemityzm, ale o coś zupełnie innego – o bezwarunkowe poparcie Izraela. Na coś innego zwracano też uwagę w Izraelu. Według Tal Shaleva z portalu Walla, większość Izraelczyków o rodzinie Trumpa nawet nie słyszała. Co nie znaczy, że się Trumpem nie zajmowali. Wybory w Ameryce są bowiem obsesją tamtejszych mediów, mówią o nich jakby Izrael był 51. stanem USA. „Haaretz” i „Jediot Achronot” nie tyle jednak pisały o złożonych relacjach rodzinnych Trumpa z narodem wybranym, co o tym, jak zmieni relacje z Izraelem. Nie interesował ich filosemityzm Trumpa i to że wydał córkę za Żyda, ale czy zerwie porozumienie nuklearne z Iranem. „Israel Hayom” przy innej okazji pisał: Ważne, czy administracja Trumpa będzie wpierać Izrael, a kilka incydentów z molestowaniem znanych amerykańskich Żydów nie ma dla Izraela znaczenia.

    Wytoczyli przeciwko niemu wszelkie argumenty: że molestuje, że przeklina, że nie płaci podatków, że jest bogaty, że pomaga mu Putin, że chce wymienić wszystkich polityków, bo kłamią. Ale nikt nie powinien mieć wątpliwości – znienawidzili go za dwa słowa: America First. W drugiej minucie swego wystąpienia w Center for National Interest Trump zadeklarował: Głównym i najważniejszym hasłem mej prezydencji będzie Ameryka przede wszystkim. Politykę zagraniczną Obamy, Clintona i Busha, 15 lat wojen na Bliskim Wschodzie uznał za katastrofę, gdzie rozum zastąpiła głupota i klęska jedna po drugiej. Pytał: czy inwazja na Irak, interwencje w Libii i Syrii warte były amerykańskiej krwi i 6 bln dolarów? Za niebezpieczny uznał pomysł eksportowania demokracji do państw, które nie są nią zainteresowane. W pierwszym rzędzie zajmijmy się własnym narodem i własnym krajem. Wychodźmy z tego biznesu. Nie zostawił suchej nitki na elicie dyplomatycznej Wschodniego Wybrzeża z obu partii: Pozbądźmy się ich i Ameryka znowu będzie wielka. A wiedzieć trzeba, że elita ta zaludniona jest głównie synami lub wnukami żydowskich uchodźców z Polski i Europy Wschodniej. Gdy rzucił hasło „America First”, na stronników „Israel First”, tych, którzy przekupili elity obu partii, media i generałów, by wszyscy lub prawie wszyscy działali w interesie Izraela, a nigdy lub prawie nigdy w interesie Ameryki, padł blady strach. Dotarło do nich, że to koniec wojen w interesie kraju, który dla bezpieczeństwa USA nie ma żadnego znaczenia, wojen w interesie arabskich satrapów płacących łapówki na fundusz wyborczy Clinton i na bibliotekę byłego prezydenta. Porzucenia hasła „America First” zażądała od Trumpa Liga Antydefamacyjna, bo przed Pearl Harbor używał go America First Committee, który powołał Charles Lindbergh, sympatyk nazistów, a jego retoryka pełna była antysemickich stereotypów o zagrożeniu, jakie stanowią Żydzi dla USA z uwagi na ich wpływy w przemyśle filmowym, radiu, prasie i rządzie.

    Od kilku dekad Ameryką rządzą na przemian dwa nurty – liberałowie i neokonserwatyści. Przy czym „konserwatyzm” neokonserwatystów sprowadza się do skrajnej postawy proizraelskiej oraz zapalczywości w awanturach na Bliskim Wschodzie. Neokonów, bo tak się ich nazywa, nie interesują konserwatywne wartości. Ich interesuje ich Izrael. Dochodzą do tego, typowe dla trockizmu, inklinacje sekciarskie. Bo wiedzieć trzeba, że określający się tym mianem politycy, którzy dokonali wrogiego przejęcia ruchu konserwatywnego, przez prawdziwych konserwatystów zwani są neotrockistami, bo tak jak Trocki dążą do światowej rewolucji pod płaszczykiem szerzenia postępu i demokracji. Prawdziwi konserwatyści niechętni byli amerykańskiemu zaangażowaniu w świecie, krytykowali „republikanów Rockefellera”, czyli finansową elitę o lewicowych poglądach, dla których wolny rynek to lichwa, a wolności obywatelskie to sodomia. Wśród neokonów jest tak dużo Żydów, że nazwa ta odbierana jest jak antysemicka obelga, a neokonserwatywne postulaty – jak cytaty z Protokołów Mędrców Syjonu. Eric Edelman, z-ca sekretarza obrony z czasów Busha jest autorem słów: Nienawidzę terminu neokonserwatysta, bo w wielu kręgach to grzeczne określenie Żyda. Bazę neokonserwatystów, czyli w gruncie rzecz ateistów-syjonistów, poszerzają tzw. chrześcijańscy syjoniści, tj. ewangelicy wierzący w umocowane w Biblii prawo Izraela do całej Palestyny. Należą do nich Świadkowie Jehowy, tj. hybryda judaizmu i chrześcijaństwa, którzy napędzali kampanię wyborczą Teda Cruza. Wszyscy, poza Trumpem, wydawali się wierzyć, że droga do Białego Domu prowadzi przez odkurzenie polityki Busha. Wszyscy na podium wyborczym krzyczeli: podrzeć porozumienie z Iranem, zbombardować Asada, więcej broni dla Kijowa. Tryumf Trumpa to nie tylko kłopot demokratów. To także kłopot neokonserwatystów, bo oznacza dalszą banicję na politycznej Syberii i pogrzebanie szansy wyjścia z politycznego niebytu. W czasach Busha byli u szczytu władzy, okupowali Biały Dom, Pentagon i wpływowe think-tanki, odegrali pierwszoplanową rolę w inwazji na Irak. Na jej temat Trump wyraził się jasno: Była wielkim, wielkim błędem. Nigdy w Iraku nie powinniśmy się znaleźć. Kłamali, że jest tam broń masowego rażenia. Nie było jej i wiedzieli, że jej tam nie ma. Wypowiedź ta neokonom mówiła wszystko.

    Podczas kampanii wyborczej podłączyli się pod Jeba Busha, a potem Marco Rubio, upatrując w nich najlepszą szansę na odbudowę wpływów. Do ekipy Rubio weszła ich cała zgraja. Ale Rubio w prawyborach przepadł. Wykopał go renegat Trump, a to nie jest dobre dla Izraela, ani dla Żydów – pisał w „Forward” Nathan Guttman. Zaczęli myśleć o czymś nie do pomyślenia. Elliott Abrams głosił: Nigdy nie zagłosuję na Trumpa. Eliot Cohen, dyplomata Busha (który według Politico mobilizował neokonserwatystów do podpisania manifestu „Never-Trump”) diagnozował: Hillary jest mniejszym złem. Paul Wolfowitz zgryźliwie wypominał: Trump z uznaniem wypowiada się o Saddamie Husajnie, bo zabijał terrorystów i robił to dobrze. Robert Kagan lamentował: Jedyną opcją jest głosowanie na Hillary. Kagan to czołowa postać klanu-rodu waszyngtońskich neokonów. Należy do niego Victoria Nuland, ta sama, która rozrabiała na Majdanie, i ta sama, która stała za obaleniem Kadafiego i zbrojeniem dżihadystów w Syrii. Do obozu „Never Trump” przyłączyło się 116 weteranów administracji Busha. Co ich przestraszyło (poza tym że Trump nazwał ich generałami, którzy przegrali wszystkie wojny)? Zapowiedź, że będzie neutralnym pośrednikiem między Izraelem i Palestyńczykami (tak jak Carter w Camp David), że ułoży się z Putinem (tak jak Nixon z Breżniewem i Mao Tse-tungiem), że nie wyruszy z nową krucjatą na Bliski Wschód i że nie będzie przeszkadzał Putinowi w bombardowaniu Państwa Islamskiego. Swoje w Fox News dorzucił Newt Gingrich: Establishment jest przerażony, bo Trump nie należy do tajnego stowarzyszenia i nie bierze udziału w jego rytuałach.

    „Nadchodzą ciężkie czasy” – taka zmora musiał majaczyć się większości amerykańskich Żydów, gdy budzili się 9 listopada z wielkim powyborczym kacem – pisał „Forward”. Mimo różnic z Obamą co do Iranu, Żydzi nigdy nie mieli prezydenta tak bliskiego ich wizji świata i ich jestestwa. Obama nie tylko promował, ale ucieleśniał wizję społeczeństwa wielokulturowego i liberalne idee propagowane przez amerykańskich Żydów. Żydowską kulturę i Yiddishkeit znał i rozumiał lepiej niż jakikolwiek poprzedni lokator Białego Domu. Żartowali, że z reformowanym judaizmem różnią go jedynie dni obchodzonych świąt. Przez większość Żydów postrzegany był jako „mensch”. Za jego prezydentury Żydzi sięgnęli szczytów swej akceptacji i zakorzenienia w amerykańskim mainstreamie, a bycie amerykańskim Żydem stało się hip i cool. Żydowską idyllę przerwał brutalnie wybór Trumpa. Zimny prysznic wzmocniło jego zaplecze wyborcze w postaci aktywistów „alt-right” (alternatywnej prawicy), którzy regularnie potępiali światowe gremia finansowe zdominowane przez Żydów. Co prawda Trump zdystansował się od – jak nazywały ich żydowskie media – heteroseksualnych białych chrześcijańskich mężczyzn, obawiających się, że ich wnuki staną się znienawidzoną mniejszością we własnym kraju, ale zrobił to pod przymusem. W opisie Chemi Shalev z „Haaretz” liderzy i żydowskie kongregacje religijne odebrały zwycięstwo Trumpa jako narodową katastrofę. W synagogach całej Ameryki zapanowała atmosfera żałoby, lały się łzy. Z dnia na dzień z insiderów stali się outsiderami – w większości głosowali na Clintonową, a neokonserwatywna elita zdystansowała się od Trumpa i nie będzie w przyszłej administracji odgrywać żadnej roli. Poglądy wyznawane przez Trumpa są diametralnie sprzeczna z żydowskimi. Do Białego Domu wniesie nacjonalizm, poglądy rasistowskie, teorie spiskowe, myzoginizm, islamofobię i faszyzm – alarmował rabin Jonah Dov Pesner.

    Jest wiele sposobów na wywołanie zachwytu żydowskiego audytorium, np. poruszanie takich, drogich Żydom, tematów, jak bezwarunkowe poparcie i zobowiązanie do zwiększenia pomocy dla Izraela, stronniczość w rozmowach z Palestyńczykami, uznanie Jerozolimy za stolicę państwa żydowskiego. Trump wszystkie zignorował. Zamiast tego uciekał się do metafor o Żydach owładniętych obsesją na punkcie pieniądza. Gdy złożył deklarację, że zawsze na pierwszym miejscu stawiał będzie interesy USA i przebąkiwał o neutralnym podejściu do bliskowschodnich konfliktów, już nazajutrz pojawiły się karykatury Trumpa z hitlerowskim wąsikiem. Bo dla Żydów „neutralność”, a nie pełne i bezwarunkowe poparcie dla Izraela, to zakamuflowany antysemityzm. Jeśli Trump znowu zrobi Amerykę wielką, to kosztem Izraela (...) Izrael potrzebuje prezydentów, którzy wychwalają go jak tylko można często i głośno. Mr. Trump nie oferuje nic z tych rzeczy – lamentował Shmuel Rosner w „New York Times”. Dla Chemi Shalev z „Haaretz” wiara, że prezydent, który nastąpi po Obamie będzie lepszy dla Izraela, zanika z każdym dniem, a strategia, że Partia Republikańska jest warownią Netanjahu, wali się jak domek z kart. Trump przyciągnął do siebie niewykształconych wyborców białej klasy robotniczej, wyalienowanych z ekonomicznego i politycznego systemu. Nie wiemy, jakie mają poglądy na Izrael, ale jeśli wyleźli z Dzikiego Zachodu, aby głosować na Trumpa, bo obiecał im pracę, to mogą nie polubić kosztownego pakietu pomocowego dla Izraela – lamentował Jonathan Guttman.

    Linie podziałów politycznych w naszym kraju mają ponadnarodowy lub, jak kto woli, etniczny charakter, a relacje z Ameryką to stosunki polsko-żydowskie, a nie polsko-amerykańskie. I to, kto urzęduje w Białym Domu i co mówią o nim Żydzi, ma znaczenie. Na działaczy PiS-u Trump działał jak czerwona płachta na byka. Wzbudzał w nich, na przemian, potępieńcze tyrady i życzenia klęski. Szczególnie osobliwe głosy pojawiały się na łamach „Gazety Polskiej”. Dla jednego z jej dziennikarzy sukces Trumpa to perspektywa prezydentury „amerykańskiego Leppera”. PiS to duplikat waszyngtońskich neokonserwatystów w Polsce, a szczyt marzeń naszych neokonów, dla których gotowi byli poświęcić wszystko, to USA na ścieżce wojennej z Rosją, zaś zwycięstwo Trumpa to koszmar, bo trudno będzie wojować z Putinem w „strategicznym partnerstwie” z lilipucią Litwą i zbankrutowaną Ukrainą. Zwycięstwo Trumpa oznacza dla PiS-u utratę gruntu pod nogami, bo Trump spadku po neokonserwatystach nie przejmie. Słowa Trumpa: Najpierw zadbamy o nasz kraj, zanim będziemy się przejmować wszystkimi innymi, wystraszyły nie tylko waszyngtońskie elity. Przeraziły także te nad Wisłą. Przed Polską rysuje się nowa koniunktura i z Trumpem trzeba się ułożyć. Szkopuł w tym, że po naszej stronie do rozmów z nim zasiądą ci, którzy przejmują się wszystkimi innymi, a nie własnym krajem. Gdy Waszczykowskiemu zadano pytanie, czy ma swojego człowieka w sztabie Trumpa, odpowiedział bezradnie: Z tego co wiem, tam są Polacy, związani z Polonią. Trzeba będzie natychmiast uruchamiać wszystkie kanały. Szkopuł w tym, że jego kanały to Applebaumowie, a jego Polonia to Schnepf. Autor: Krzysztof Baliński
    Jankesi! Wynocha z Polski!
  • @@@!
    http://warszawskagazeta.pl/media/k2/items/cache/5b2bcffcbd7af212a2634dd0f05a16eb_L.jpg Najwięksi sponsorzy kampanii wyborczej Hillary Clinton to Żydzi. To nie cytat z Protokołów Mędrców Syjonu, to donos izraelskiej „Haaretz”. A dla niej pisanie o żydowskiej potędze to nie antysemityzm, ale dozwolone, a nawet pożądane działanie.

    Na czele listy są George Soros, Jay Pritzker, Donald Sussman, Daniel Abraham i Haim Saban. „Piątkę” wymienił też „Washington Post” (a za nią Żydowska Agencja Telegraficzna), dodając, że chodzi o izraelsko-amerykańskich właścicieli funduszy hedgingowych i potentata przemysłu hazardowego, którzy wcześniej zasilali Fundację Clintonów, czyli pralnię pieniędzy trafiających na konta prywatne Billa i Hillary. Czy coś znaczyło, że cała „piątka” to Żydzi i wielcy zwolennicy Izraela? Czy nie żądali w zamian specjalnego traktowania? Jeden z nich, Haim Saban rzekł kiedyś: Jestem facetem jednego tematu, a tym tematem jest Izrael. Gigantyczne pieniądze fundacja otrzymała z Wall Street. Swe sakiewki otworzyło dla niej wiele hollywoodzkich gwiazd. Czy im też coś obiecała? A może to wszystko antysemickie plotki? Według „Wall Street Journal” gospodarzem fundraisingowej gali (bilet wstępu 100 tys. od łebka) była Lynn Forester de Rothschild. Osiem milionów dał Soros. Grosza nie poskąpił Steven Spielberg i jego biznesowy partner z Dream Works Jeffrey Katzenberg – każdy dał po milionie. Według „Washington Post” za 12 wystąpień przed bankierami z Wall Street Clintonowa zainkasowała 3 mln dolarów (600 tys. tylko za prelekcję dla Goldman Sachs). Nie poprzecie mnie, bo ja nie chcę waszych pieniędzy – Trump przekomarzał się z aktywistami Republican Jewish Coalition, przesłuchującymi kandydatów do Białego Domu. Każdy z nich miał swego żydowskiego przyjaciela i sponsora, dla których – jak to zgrabnie ujął Nathan Gutman z wydawanego w Nowym Jorku w angielskim i jidysz „Forward” – „rozstawili żydowski kram”. Tylko Trump, mimo że w prawyborach wysuwał się na czoło, nie miał nikogo. Brylowali Jeb Bush, Marco Rubio, Ted Cruz i Lindsey Graham. Ten ostatni obiecywał: będziecie mieli pierwszy w historii w pełni żydowski rząd. Wszyscy ze wstrętem wymawiali słowo „Trump”. Ani grosza nie dali menedżerzy funduszów hedgingowych Paul Singer i Bruce Kovner, poparcia odmówił diler samochodowy z Florydy Norman Braman i Larry Ellison z Doliny Silikonowej. Czy brak poparcia żydowskich „dobroczyńców” coś znaczył? Tylko teoretycznie, bo Trump napisał tu nowe reguły gry – w przeciwieństwie do innych kandydatów, o względy i pieniądze żydowskiej elity nie zabiegał. Miał coś, czego nie mieli faworyci Jewish Coalition – wielki i znany biznes.

    Według Żydowskiej Agencji Telegraficznej spośród pretendentów do urzędu prezydenta najbardziej powiązany z Żydami był Trump: urodził się i całe życie spędził na Manhattanie, a biznes prowadzi w nasyconym Żydami sektorze nieruchomości. W pewnym sensie jest bardziej insiderem niż outsiderem tej społeczności – jego córka, zięć i dwóch wnuków to Żydzi, a prawą ręką w biznesie jest Michael Cohen. I wreszcie, jako jedyny spośród kandydatów ma hucpę. Dla porządku przypomnijmy: mężem jego córki jest Jared Kushner, syn znanej nowojorskiej rodziny handlarzy nieruchomościami; córka Ivanka przeszła na judaizm, jest członkiem ortodoksyjnej synagogi Looksteina i przestrzega szabatu (sam Trump jest prezbiterianinem, ale – jak mówi – do kościoła chodzi tylko z okazji Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy). Nawiasem mówiąc, za Żyda córkę wydali też Clintonowie, ta jednak pozostała przy wierze ojców. W lutym 2015 r. podczas gali żydowskiego stowarzyszenia prasowego Algemeiner Trump głosił: Chcę podziękować mojej żydowskiej córce. Mam żydowską córkę (…) tego nie było w planie, ale jestem szczęśliwy, że do tego doszło. Wyraźnie nieświadomy, że nawiązuje do antysemickich stereotypów, raz po raz podkreślał swe pokrewieństwo duszy z żydowskim audytorium. Mówił o łączącym go z Żydami handlowym zmyśle, przymilał się: Chłopaki, jestem handlarzem, tak jak wy. Zapytany, jak podejdzie do rozmów Izraela z Palestyńczykami, wykręcał się: Czy nikt na tej sali nie negocjował kontraktów? Dobry handlarz wie, że przed grą w pokera nie pokazuje się swych kart. Jego wystąpienie przyjęto z rozbawieniem, ale i nieukrywaną pogardą. Gdy odmówił odpowiedzi na pytanie o status Jerozolimy, został wprost wygwizdany. Nie dotarło do niego, że audytorium nie chodziło o filosemityzm, ale o coś zupełnie innego – o bezwarunkowe poparcie Izraela. Na coś innego zwracano też uwagę w Izraelu. Według Tal Shaleva z portalu Walla, większość Izraelczyków o rodzinie Trumpa nawet nie słyszała. Co nie znaczy, że się Trumpem nie zajmowali. Wybory w Ameryce są bowiem obsesją tamtejszych mediów, mówią o nich jakby Izrael był 51. stanem USA. „Haaretz” i „Jediot Achronot” nie tyle jednak pisały o złożonych relacjach rodzinnych Trumpa z narodem wybranym, co o tym, jak zmieni relacje z Izraelem. Nie interesował ich filosemityzm Trumpa i to że wydał córkę za Żyda, ale czy zerwie porozumienie nuklearne z Iranem. „Israel Hayom” przy innej okazji pisał: Ważne, czy administracja Trumpa będzie wpierać Izrael, a kilka incydentów z molestowaniem znanych amerykańskich Żydów nie ma dla Izraela znaczenia.

    Wytoczyli przeciwko niemu wszelkie argumenty: że molestuje, że przeklina, że nie płaci podatków, że jest bogaty, że pomaga mu Putin, że chce wymienić wszystkich polityków, bo kłamią. Ale nikt nie powinien mieć wątpliwości – znienawidzili go za dwa słowa: America First. W drugiej minucie swego wystąpienia w Center for National Interest Trump zadeklarował: Głównym i najważniejszym hasłem mej prezydencji będzie Ameryka przede wszystkim. Politykę zagraniczną Obamy, Clintona i Busha, 15 lat wojen na Bliskim Wschodzie uznał za katastrofę, gdzie rozum zastąpiła głupota i klęska jedna po drugiej. Pytał: czy inwazja na Irak, interwencje w Libii i Syrii warte były amerykańskiej krwi i 6 bln dolarów? Za niebezpieczny uznał pomysł eksportowania demokracji do państw, które nie są nią zainteresowane. W pierwszym rzędzie zajmijmy się własnym narodem i własnym krajem. Wychodźmy z tego biznesu. Nie zostawił suchej nitki na elicie dyplomatycznej Wschodniego Wybrzeża z obu partii: Pozbądźmy się ich i Ameryka znowu będzie wielka. A wiedzieć trzeba, że elita ta zaludniona jest głównie synami lub wnukami żydowskich uchodźców z Polski i Europy Wschodniej. Gdy rzucił hasło „America First”, na stronników „Israel First”, tych, którzy przekupili elity obu partii, media i generałów, by wszyscy lub prawie wszyscy działali w interesie Izraela, a nigdy lub prawie nigdy w interesie Ameryki, padł blady strach. Dotarło do nich, że to koniec wojen w interesie kraju, który dla bezpieczeństwa USA nie ma żadnego znaczenia, wojen w interesie arabskich satrapów płacących łapówki na fundusz wyborczy Clinton i na bibliotekę byłego prezydenta. Porzucenia hasła „America First” zażądała od Trumpa Liga Antydefamacyjna, bo przed Pearl Harbor używał go America First Committee, który powołał Charles Lindbergh, sympatyk nazistów, a jego retoryka pełna była antysemickich stereotypów o zagrożeniu, jakie stanowią Żydzi dla USA z uwagi na ich wpływy w przemyśle filmowym, radiu, prasie i rządzie.

    Od kilku dekad Ameryką rządzą na przemian dwa nurty – liberałowie i neokonserwatyści. Przy czym „konserwatyzm” neokonserwatystów sprowadza się do skrajnej postawy proizraelskiej oraz zapalczywości w awanturach na Bliskim Wschodzie. Neokonów, bo tak się ich nazywa, nie interesują konserwatywne wartości. Ich interesuje ich Izrael. Dochodzą do tego, typowe dla trockizmu, inklinacje sekciarskie. Bo wiedzieć trzeba, że określający się tym mianem politycy, którzy dokonali wrogiego przejęcia ruchu konserwatywnego, przez prawdziwych konserwatystów zwani są neotrockistami, bo tak jak Trocki dążą do światowej rewolucji pod płaszczykiem szerzenia postępu i demokracji. Prawdziwi konserwatyści niechętni byli amerykańskiemu zaangażowaniu w świecie, krytykowali „republikanów Rockefellera”, czyli finansową elitę o lewicowych poglądach, dla których wolny rynek to lichwa, a wolności obywatelskie to sodomia. Wśród neokonów jest tak dużo Żydów, że nazwa ta odbierana jest jak antysemicka obelga, a neokonserwatywne postulaty – jak cytaty z Protokołów Mędrców Syjonu. Eric Edelman, z-ca sekretarza obrony z czasów Busha jest autorem słów: Nienawidzę terminu neokonserwatysta, bo w wielu kręgach to grzeczne określenie Żyda. Bazę neokonserwatystów, czyli w gruncie rzecz ateistów-syjonistów, poszerzają tzw. chrześcijańscy syjoniści, tj. ewangelicy wierzący w umocowane w Biblii prawo Izraela do całej Palestyny. Należą do nich Świadkowie Jehowy, tj. hybryda judaizmu i chrześcijaństwa, którzy napędzali kampanię wyborczą Teda Cruza. Wszyscy, poza Trumpem, wydawali się wierzyć, że droga do Białego Domu prowadzi przez odkurzenie polityki Busha. Wszyscy na podium wyborczym krzyczeli: podrzeć porozumienie z Iranem, zbombardować Asada, więcej broni dla Kijowa. Tryumf Trumpa to nie tylko kłopot demokratów. To także kłopot neokonserwatystów, bo oznacza dalszą banicję na politycznej Syberii i pogrzebanie szansy wyjścia z politycznego niebytu. W czasach Busha byli u szczytu władzy, okupowali Biały Dom, Pentagon i wpływowe think-tanki, odegrali pierwszoplanową rolę w inwazji na Irak. Na jej temat Trump wyraził się jasno: Była wielkim, wielkim błędem. Nigdy w Iraku nie powinniśmy się znaleźć. Kłamali, że jest tam broń masowego rażenia. Nie było jej i wiedzieli, że jej tam nie ma. Wypowiedź ta neokonom mówiła wszystko.

    Podczas kampanii wyborczej podłączyli się pod Jeba Busha, a potem Marco Rubio, upatrując w nich najlepszą szansę na odbudowę wpływów. Do ekipy Rubio weszła ich cała zgraja. Ale Rubio w prawyborach przepadł. Wykopał go renegat Trump, a to nie jest dobre dla Izraela, ani dla Żydów – pisał w „Forward” Nathan Guttman. Zaczęli myśleć o czymś nie do pomyślenia. Elliott Abrams głosił: Nigdy nie zagłosuję na Trumpa. Eliot Cohen, dyplomata Busha (który według Politico mobilizował neokonserwatystów do podpisania manifestu „Never-Trump”) diagnozował: Hillary jest mniejszym złem. Paul Wolfowitz zgryźliwie wypominał: Trump z uznaniem wypowiada się o Saddamie Husajnie, bo zabijał terrorystów i robił to dobrze. Robert Kagan lamentował: Jedyną opcją jest głosowanie na Hillary. Kagan to czołowa postać klanu-rodu waszyngtońskich neokonów. Należy do niego Victoria Nuland, ta sama, która rozrabiała na Majdanie, i ta sama, która stała za obaleniem Kadafiego i zbrojeniem dżihadystów w Syrii. Do obozu „Never Trump” przyłączyło się 116 weteranów administracji Busha. Co ich przestraszyło (poza tym że Trump nazwał ich generałami, którzy przegrali wszystkie wojny)? Zapowiedź, że będzie neutralnym pośrednikiem między Izraelem i Palestyńczykami (tak jak Carter w Camp David), że ułoży się z Putinem (tak jak Nixon z Breżniewem i Mao Tse-tungiem), że nie wyruszy z nową krucjatą na Bliski Wschód i że nie będzie przeszkadzał Putinowi w bombardowaniu Państwa Islamskiego. Swoje w Fox News dorzucił Newt Gingrich: Establishment jest przerażony, bo Trump nie należy do tajnego stowarzyszenia i nie bierze udziału w jego rytuałach.

    „Nadchodzą ciężkie czasy” – taka zmora musiał majaczyć się większości amerykańskich Żydów, gdy budzili się 9 listopada z wielkim powyborczym kacem – pisał „Forward”. Mimo różnic z Obamą co do Iranu, Żydzi nigdy nie mieli prezydenta tak bliskiego ich wizji świata i ich jestestwa. Obama nie tylko promował, ale ucieleśniał wizję społeczeństwa wielokulturowego i liberalne idee propagowane przez amerykańskich Żydów. Żydowską kulturę i Yiddishkeit znał i rozumiał lepiej niż jakikolwiek poprzedni lokator Białego Domu. Żartowali, że z reformowanym judaizmem różnią go jedynie dni obchodzonych świąt. Przez większość Żydów postrzegany był jako „mensch”. Za jego prezydentury Żydzi sięgnęli szczytów swej akceptacji i zakorzenienia w amerykańskim mainstreamie, a bycie amerykańskim Żydem stało się hip i cool. Żydowską idyllę przerwał brutalnie wybór Trumpa. Zimny prysznic wzmocniło jego zaplecze wyborcze w postaci aktywistów „alt-right” (alternatywnej prawicy), którzy regularnie potępiali światowe gremia finansowe zdominowane przez Żydów. Co prawda Trump zdystansował się od – jak nazywały ich żydowskie media – heteroseksualnych białych chrześcijańskich mężczyzn, obawiających się, że ich wnuki staną się znienawidzoną mniejszością we własnym kraju, ale zrobił to pod przymusem. W opisie Chemi Shalev z „Haaretz” liderzy i żydowskie kongregacje religijne odebrały zwycięstwo Trumpa jako narodową katastrofę. W synagogach całej Ameryki zapanowała atmosfera żałoby, lały się łzy. Z dnia na dzień z insiderów stali się outsiderami – w większości głosowali na Clintonową, a neokonserwatywna elita zdystansowała się od Trumpa i nie będzie w przyszłej administracji odgrywać żadnej roli. Poglądy wyznawane przez Trumpa są diametralnie sprzeczna z żydowskimi. Do Białego Domu wniesie nacjonalizm, poglądy rasistowskie, teorie spiskowe, myzoginizm, islamofobię i faszyzm – alarmował rabin Jonah Dov Pesner.

    Jest wiele sposobów na wywołanie zachwytu żydowskiego audytorium, np. poruszanie takich, drogich Żydom, tematów, jak bezwarunkowe poparcie i zobowiązanie do zwiększenia pomocy dla Izraela, stronniczość w rozmowach z Palestyńczykami, uznanie Jerozolimy za stolicę państwa żydowskiego. Trump wszystkie zignorował. Zamiast tego uciekał się do metafor o Żydach owładniętych obsesją na punkcie pieniądza. Gdy złożył deklarację, że zawsze na pierwszym miejscu stawiał będzie interesy USA i przebąkiwał o neutralnym podejściu do bliskowschodnich konfliktów, już nazajutrz pojawiły się karykatury Trumpa z hitlerowskim wąsikiem. Bo dla Żydów „neutralność”, a nie pełne i bezwarunkowe poparcie dla Izraela, to zakamuflowany antysemityzm. Jeśli Trump znowu zrobi Amerykę wielką, to kosztem Izraela (...) Izrael potrzebuje prezydentów, którzy wychwalają go jak tylko można często i głośno. Mr. Trump nie oferuje nic z tych rzeczy – lamentował Shmuel Rosner w „New York Times”. Dla Chemi Shalev z „Haaretz” wiara, że prezydent, który nastąpi po Obamie będzie lepszy dla Izraela, zanika z każdym dniem, a strategia, że Partia Republikańska jest warownią Netanjahu, wali się jak domek z kart. Trump przyciągnął do siebie niewykształconych wyborców białej klasy robotniczej, wyalienowanych z ekonomicznego i politycznego systemu. Nie wiemy, jakie mają poglądy na Izrael, ale jeśli wyleźli z Dzikiego Zachodu, aby głosować na Trumpa, bo obiecał im pracę, to mogą nie polubić kosztownego pakietu pomocowego dla Izraela – lamentował Jonathan Guttman.

    Linie podziałów politycznych w naszym kraju mają ponadnarodowy lub, jak kto woli, etniczny charakter, a relacje z Ameryką to stosunki polsko-żydowskie, a nie polsko-amerykańskie. I to, kto urzęduje w Białym Domu i co mówią o nim Żydzi, ma znaczenie. Na działaczy PiS-u Trump działał jak czerwona płachta na byka. Wzbudzał w nich, na przemian, potępieńcze tyrady i życzenia klęski. Szczególnie osobliwe głosy pojawiały się na łamach „Gazety Polskiej”. Dla jednego z jej dziennikarzy sukces Trumpa to perspektywa prezydentury „amerykańskiego Leppera”. PiS to duplikat waszyngtońskich neokonserwatystów w Polsce, a szczyt marzeń naszych neokonów, dla których gotowi byli poświęcić wszystko, to USA na ścieżce wojennej z Rosją, zaś zwycięstwo Trumpa to koszmar, bo trudno będzie wojować z Putinem w „strategicznym partnerstwie” z lilipucią Litwą i zbankrutowaną Ukrainą. Zwycięstwo Trumpa oznacza dla PiS-u utratę gruntu pod nogami, bo Trump spadku po neokonserwatystach nie przejmie. Słowa Trumpa: Najpierw zadbamy o nasz kraj, zanim będziemy się przejmować wszystkimi innymi, wystraszyły nie tylko waszyngtońskie elity. Przeraziły także te nad Wisłą. Przed Polską rysuje się nowa koniunktura i z Trumpem trzeba się ułożyć. Szkopuł w tym, że po naszej stronie do rozmów z nim zasiądą ci, którzy przejmują się wszystkimi innymi, a nie własnym krajem. Gdy Waszczykowskiemu zadano pytanie, czy ma swojego człowieka w sztabie Trumpa, odpowiedział bezradnie: Z tego co wiem, tam są Polacy, związani z Polonią. Trzeba będzie natychmiast uruchamiać wszystkie kanały. Szkopuł w tym, że jego kanały to Applebaumowie, a jego Polonia to Schnepf. Autor: Krzysztof Baliński
    CIA kontra Trump, czyli pojedynek do ostatniej kropli krwi
  • @@@!
    http://warszawskagazeta.pl/media/k2/items/cache/5b2bcffcbd7af212a2634dd0f05a16eb_L.jpg Najwięksi sponsorzy kampanii wyborczej Hillary Clinton to Żydzi. To nie cytat z Protokołów Mędrców Syjonu, to donos izraelskiej „Haaretz”. A dla niej pisanie o żydowskiej potędze to nie antysemityzm, ale dozwolone, a nawet pożądane działanie.

    Na czele listy są George Soros, Jay Pritzker, Donald Sussman, Daniel Abraham i Haim Saban. „Piątkę” wymienił też „Washington Post” (a za nią Żydowska Agencja Telegraficzna), dodając, że chodzi o izraelsko-amerykańskich właścicieli funduszy hedgingowych i potentata przemysłu hazardowego, którzy wcześniej zasilali Fundację Clintonów, czyli pralnię pieniędzy trafiających na konta prywatne Billa i Hillary. Czy coś znaczyło, że cała „piątka” to Żydzi i wielcy zwolennicy Izraela? Czy nie żądali w zamian specjalnego traktowania? Jeden z nich, Haim Saban rzekł kiedyś: Jestem facetem jednego tematu, a tym tematem jest Izrael. Gigantyczne pieniądze fundacja otrzymała z Wall Street. Swe sakiewki otworzyło dla niej wiele hollywoodzkich gwiazd. Czy im też coś obiecała? A może to wszystko antysemickie plotki? Według „Wall Street Journal” gospodarzem fundraisingowej gali (bilet wstępu 100 tys. od łebka) była Lynn Forester de Rothschild. Osiem milionów dał Soros. Grosza nie poskąpił Steven Spielberg i jego biznesowy partner z Dream Works Jeffrey Katzenberg – każdy dał po milionie. Według „Washington Post” za 12 wystąpień przed bankierami z Wall Street Clintonowa zainkasowała 3 mln dolarów (600 tys. tylko za prelekcję dla Goldman Sachs). Nie poprzecie mnie, bo ja nie chcę waszych pieniędzy – Trump przekomarzał się z aktywistami Republican Jewish Coalition, przesłuchującymi kandydatów do Białego Domu. Każdy z nich miał swego żydowskiego przyjaciela i sponsora, dla których – jak to zgrabnie ujął Nathan Gutman z wydawanego w Nowym Jorku w angielskim i jidysz „Forward” – „rozstawili żydowski kram”. Tylko Trump, mimo że w prawyborach wysuwał się na czoło, nie miał nikogo. Brylowali Jeb Bush, Marco Rubio, Ted Cruz i Lindsey Graham. Ten ostatni obiecywał: będziecie mieli pierwszy w historii w pełni żydowski rząd. Wszyscy ze wstrętem wymawiali słowo „Trump”. Ani grosza nie dali menedżerzy funduszów hedgingowych Paul Singer i Bruce Kovner, poparcia odmówił diler samochodowy z Florydy Norman Braman i Larry Ellison z Doliny Silikonowej. Czy brak poparcia żydowskich „dobroczyńców” coś znaczył? Tylko teoretycznie, bo Trump napisał tu nowe reguły gry – w przeciwieństwie do innych kandydatów, o względy i pieniądze żydowskiej elity nie zabiegał. Miał coś, czego nie mieli faworyci Jewish Coalition – wielki i znany biznes.

    Według Żydowskiej Agencji Telegraficznej spośród pretendentów do urzędu prezydenta najbardziej powiązany z Żydami był Trump: urodził się i całe życie spędził na Manhattanie, a biznes prowadzi w nasyconym Żydami sektorze nieruchomości. W pewnym sensie jest bardziej insiderem niż outsiderem tej społeczności – jego córka, zięć i dwóch wnuków to Żydzi, a prawą ręką w biznesie jest Michael Cohen. I wreszcie, jako jedyny spośród kandydatów ma hucpę. Dla porządku przypomnijmy: mężem jego córki jest Jared Kushner, syn znanej nowojorskiej rodziny handlarzy nieruchomościami; córka Ivanka przeszła na judaizm, jest członkiem ortodoksyjnej synagogi Looksteina i przestrzega szabatu (sam Trump jest prezbiterianinem, ale – jak mówi – do kościoła chodzi tylko z okazji Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy). Nawiasem mówiąc, za Żyda córkę wydali też Clintonowie, ta jednak pozostała przy wierze ojców. W lutym 2015 r. podczas gali żydowskiego stowarzyszenia prasowego Algemeiner Trump głosił: Chcę podziękować mojej żydowskiej córce. Mam żydowską córkę (…) tego nie było w planie, ale jestem szczęśliwy, że do tego doszło. Wyraźnie nieświadomy, że nawiązuje do antysemickich stereotypów, raz po raz podkreślał swe pokrewieństwo duszy z żydowskim audytorium. Mówił o łączącym go z Żydami handlowym zmyśle, przymilał się: Chłopaki, jestem handlarzem, tak jak wy. Zapytany, jak podejdzie do rozmów Izraela z Palestyńczykami, wykręcał się: Czy nikt na tej sali nie negocjował kontraktów? Dobry handlarz wie, że przed grą w pokera nie pokazuje się swych kart. Jego wystąpienie przyjęto z rozbawieniem, ale i nieukrywaną pogardą. Gdy odmówił odpowiedzi na pytanie o status Jerozolimy, został wprost wygwizdany. Nie dotarło do niego, że audytorium nie chodziło o filosemityzm, ale o coś zupełnie innego – o bezwarunkowe poparcie Izraela. Na coś innego zwracano też uwagę w Izraelu. Według Tal Shaleva z portalu Walla, większość Izraelczyków o rodzinie Trumpa nawet nie słyszała. Co nie znaczy, że się Trumpem nie zajmowali. Wybory w Ameryce są bowiem obsesją tamtejszych mediów, mówią o nich jakby Izrael był 51. stanem USA. „Haaretz” i „Jediot Achronot” nie tyle jednak pisały o złożonych relacjach rodzinnych Trumpa z narodem wybranym, co o tym, jak zmieni relacje z Izraelem. Nie interesował ich filosemityzm Trumpa i to że wydał córkę za Żyda, ale czy zerwie porozumienie nuklearne z Iranem. „Israel Hayom” przy innej okazji pisał: Ważne, czy administracja Trumpa będzie wpierać Izrael, a kilka incydentów z molestowaniem znanych amerykańskich Żydów nie ma dla Izraela znaczenia.

    Wytoczyli przeciwko niemu wszelkie argumenty: że molestuje, że przeklina, że nie płaci podatków, że jest bogaty, że pomaga mu Putin, że chce wymienić wszystkich polityków, bo kłamią. Ale nikt nie powinien mieć wątpliwości – znienawidzili go za dwa słowa: America First. W drugiej minucie swego wystąpienia w Center for National Interest Trump zadeklarował: Głównym i najważniejszym hasłem mej prezydencji będzie Ameryka przede wszystkim. Politykę zagraniczną Obamy, Clintona i Busha, 15 lat wojen na Bliskim Wschodzie uznał za katastrofę, gdzie rozum zastąpiła głupota i klęska jedna po drugiej. Pytał: czy inwazja na Irak, interwencje w Libii i Syrii warte były amerykańskiej krwi i 6 bln dolarów? Za niebezpieczny uznał pomysł eksportowania demokracji do państw, które nie są nią zainteresowane. W pierwszym rzędzie zajmijmy się własnym narodem i własnym krajem. Wychodźmy z tego biznesu. Nie zostawił suchej nitki na elicie dyplomatycznej Wschodniego Wybrzeża z obu partii: Pozbądźmy się ich i Ameryka znowu będzie wielka. A wiedzieć trzeba, że elita ta zaludniona jest głównie synami lub wnukami żydowskich uchodźców z Polski i Europy Wschodniej. Gdy rzucił hasło „America First”, na stronników „Israel First”, tych, którzy przekupili elity obu partii, media i generałów, by wszyscy lub prawie wszyscy działali w interesie Izraela, a nigdy lub prawie nigdy w interesie Ameryki, padł blady strach. Dotarło do nich, że to koniec wojen w interesie kraju, który dla bezpieczeństwa USA nie ma żadnego znaczenia, wojen w interesie arabskich satrapów płacących łapówki na fundusz wyborczy Clinton i na bibliotekę byłego prezydenta. Porzucenia hasła „America First” zażądała od Trumpa Liga Antydefamacyjna, bo przed Pearl Harbor używał go America First Committee, który powołał Charles Lindbergh, sympatyk nazistów, a jego retoryka pełna była antysemickich stereotypów o zagrożeniu, jakie stanowią Żydzi dla USA z uwagi na ich wpływy w przemyśle filmowym, radiu, prasie i rządzie.

    Od kilku dekad Ameryką rządzą na przemian dwa nurty – liberałowie i neokonserwatyści. Przy czym „konserwatyzm” neokonserwatystów sprowadza się do skrajnej postawy proizraelskiej oraz zapalczywości w awanturach na Bliskim Wschodzie. Neokonów, bo tak się ich nazywa, nie interesują konserwatywne wartości. Ich interesuje ich Izrael. Dochodzą do tego, typowe dla trockizmu, inklinacje sekciarskie. Bo wiedzieć trzeba, że określający się tym mianem politycy, którzy dokonali wrogiego przejęcia ruchu konserwatywnego, przez prawdziwych konserwatystów zwani są neotrockistami, bo tak jak Trocki dążą do światowej rewolucji pod płaszczykiem szerzenia postępu i demokracji. Prawdziwi konserwatyści niechętni byli amerykańskiemu zaangażowaniu w świecie, krytykowali „republikanów Rockefellera”, czyli finansową elitę o lewicowych poglądach, dla których wolny rynek to lichwa, a wolności obywatelskie to sodomia. Wśród neokonów jest tak dużo Żydów, że nazwa ta odbierana jest jak antysemicka obelga, a neokonserwatywne postulaty – jak cytaty z Protokołów Mędrców Syjonu. Eric Edelman, z-ca sekretarza obrony z czasów Busha jest autorem słów: Nienawidzę terminu neokonserwatysta, bo w wielu kręgach to grzeczne określenie Żyda. Bazę neokonserwatystów, czyli w gruncie rzecz ateistów-syjonistów, poszerzają tzw. chrześcijańscy syjoniści, tj. ewangelicy wierzący w umocowane w Biblii prawo Izraela do całej Palestyny. Należą do nich Świadkowie Jehowy, tj. hybryda judaizmu i chrześcijaństwa, którzy napędzali kampanię wyborczą Teda Cruza. Wszyscy, poza Trumpem, wydawali się wierzyć, że droga do Białego Domu prowadzi przez odkurzenie polityki Busha. Wszyscy na podium wyborczym krzyczeli: podrzeć porozumienie z Iranem, zbombardować Asada, więcej broni dla Kijowa. Tryumf Trumpa to nie tylko kłopot demokratów. To także kłopot neokonserwatystów, bo oznacza dalszą banicję na politycznej Syberii i pogrzebanie szansy wyjścia z politycznego niebytu. W czasach Busha byli u szczytu władzy, okupowali Biały Dom, Pentagon i wpływowe think-tanki, odegrali pierwszoplanową rolę w inwazji na Irak. Na jej temat Trump wyraził się jasno: Była wielkim, wielkim błędem. Nigdy w Iraku nie powinniśmy się znaleźć. Kłamali, że jest tam broń masowego rażenia. Nie było jej i wiedzieli, że jej tam nie ma. Wypowiedź ta neokonom mówiła wszystko.

    Podczas kampanii wyborczej podłączyli się pod Jeba Busha, a potem Marco Rubio, upatrując w nich najlepszą szansę na odbudowę wpływów. Do ekipy Rubio weszła ich cała zgraja. Ale Rubio w prawyborach przepadł. Wykopał go renegat Trump, a to nie jest dobre dla Izraela, ani dla Żydów – pisał w „Forward” Nathan Guttman. Zaczęli myśleć o czymś nie do pomyślenia. Elliott Abrams głosił: Nigdy nie zagłosuję na Trumpa. Eliot Cohen, dyplomata Busha (który według Politico mobilizował neokonserwatystów do podpisania manifestu „Never-Trump”) diagnozował: Hillary jest mniejszym złem. Paul Wolfowitz zgryźliwie wypominał: Trump z uznaniem wypowiada się o Saddamie Husajnie, bo zabijał terrorystów i robił to dobrze. Robert Kagan lamentował: Jedyną opcją jest głosowanie na Hillary. Kagan to czołowa postać klanu-rodu waszyngtońskich neokonów. Należy do niego Victoria Nuland, ta sama, która rozrabiała na Majdanie, i ta sama, która stała za obaleniem Kadafiego i zbrojeniem dżihadystów w Syrii. Do obozu „Never Trump” przyłączyło się 116 weteranów administracji Busha. Co ich przestraszyło (poza tym że Trump nazwał ich generałami, którzy przegrali wszystkie wojny)? Zapowiedź, że będzie neutralnym pośrednikiem między Izraelem i Palestyńczykami (tak jak Carter w Camp David), że ułoży się z Putinem (tak jak Nixon z Breżniewem i Mao Tse-tungiem), że nie wyruszy z nową krucjatą na Bliski Wschód i że nie będzie przeszkadzał Putinowi w bombardowaniu Państwa Islamskiego. Swoje w Fox News dorzucił Newt Gingrich: Establishment jest przerażony, bo Trump nie należy do tajnego stowarzyszenia i nie bierze udziału w jego rytuałach.

    „Nadchodzą ciężkie czasy” – taka zmora musiał majaczyć się większości amerykańskich Żydów, gdy budzili się 9 listopada z wielkim powyborczym kacem – pisał „Forward”. Mimo różnic z Obamą co do Iranu, Żydzi nigdy nie mieli prezydenta tak bliskiego ich wizji świata i ich jestestwa. Obama nie tylko promował, ale ucieleśniał wizję społeczeństwa wielokulturowego i liberalne idee propagowane przez amerykańskich Żydów. Żydowską kulturę i Yiddishkeit znał i rozumiał lepiej niż jakikolwiek poprzedni lokator Białego Domu. Żartowali, że z reformowanym judaizmem różnią go jedynie dni obchodzonych świąt. Przez większość Żydów postrzegany był jako „mensch”. Za jego prezydentury Żydzi sięgnęli szczytów swej akceptacji i zakorzenienia w amerykańskim mainstreamie, a bycie amerykańskim Żydem stało się hip i cool. Żydowską idyllę przerwał brutalnie wybór Trumpa. Zimny prysznic wzmocniło jego zaplecze wyborcze w postaci aktywistów „alt-right” (alternatywnej prawicy), którzy regularnie potępiali światowe gremia finansowe zdominowane przez Żydów. Co prawda Trump zdystansował się od – jak nazywały ich żydowskie media – heteroseksualnych białych chrześcijańskich mężczyzn, obawiających się, że ich wnuki staną się znienawidzoną mniejszością we własnym kraju, ale zrobił to pod przymusem. W opisie Chemi Shalev z „Haaretz” liderzy i żydowskie kongregacje religijne odebrały zwycięstwo Trumpa jako narodową katastrofę. W synagogach całej Ameryki zapanowała atmosfera żałoby, lały się łzy. Z dnia na dzień z insiderów stali się outsiderami – w większości głosowali na Clintonową, a neokonserwatywna elita zdystansowała się od Trumpa i nie będzie w przyszłej administracji odgrywać żadnej roli. Poglądy wyznawane przez Trumpa są diametralnie sprzeczna z żydowskimi. Do Białego Domu wniesie nacjonalizm, poglądy rasistowskie, teorie spiskowe, myzoginizm, islamofobię i faszyzm – alarmował rabin Jonah Dov Pesner.

    Jest wiele sposobów na wywołanie zachwytu żydowskiego audytorium, np. poruszanie takich, drogich Żydom, tematów, jak bezwarunkowe poparcie i zobowiązanie do zwiększenia pomocy dla Izraela, stronniczość w rozmowach z Palestyńczykami, uznanie Jerozolimy za stolicę państwa żydowskiego. Trump wszystkie zignorował. Zamiast tego uciekał się do metafor o Żydach owładniętych obsesją na punkcie pieniądza. Gdy złożył deklarację, że zawsze na pierwszym miejscu stawiał będzie interesy USA i przebąkiwał o neutralnym podejściu do bliskowschodnich konfliktów, już nazajutrz pojawiły się karykatury Trumpa z hitlerowskim wąsikiem. Bo dla Żydów „neutralność”, a nie pełne i bezwarunkowe poparcie dla Izraela, to zakamuflowany antysemityzm. Jeśli Trump znowu zrobi Amerykę wielką, to kosztem Izraela (...) Izrael potrzebuje prezydentów, którzy wychwalają go jak tylko można często i głośno. Mr. Trump nie oferuje nic z tych rzeczy – lamentował Shmuel Rosner w „New York Times”. Dla Chemi Shalev z „Haaretz” wiara, że prezydent, który nastąpi po Obamie będzie lepszy dla Izraela, zanika z każdym dniem, a strategia, że Partia Republikańska jest warownią Netanjahu, wali się jak domek z kart. Trump przyciągnął do siebie niewykształconych wyborców białej klasy robotniczej, wyalienowanych z ekonomicznego i politycznego systemu. Nie wiemy, jakie mają poglądy na Izrael, ale jeśli wyleźli z Dzikiego Zachodu, aby głosować na Trumpa, bo obiecał im pracę, to mogą nie polubić kosztownego pakietu pomocowego dla Izraela – lamentował Jonathan Guttman.

    Linie podziałów politycznych w naszym kraju mają ponadnarodowy lub, jak kto woli, etniczny charakter, a relacje z Ameryką to stosunki polsko-żydowskie, a nie polsko-amerykańskie. I to, kto urzęduje w Białym Domu i co mówią o nim Żydzi, ma znaczenie. Na działaczy PiS-u Trump działał jak czerwona płachta na byka. Wzbudzał w nich, na przemian, potępieńcze tyrady i życzenia klęski. Szczególnie osobliwe głosy pojawiały się na łamach „Gazety Polskiej”. Dla jednego z jej dziennikarzy sukces Trumpa to perspektywa prezydentury „amerykańskiego Leppera”. PiS to duplikat waszyngtońskich neokonserwatystów w Polsce, a szczyt marzeń naszych neokonów, dla których gotowi byli poświęcić wszystko, to USA na ścieżce wojennej z Rosją, zaś zwycięstwo Trumpa to koszmar, bo trudno będzie wojować z Putinem w „strategicznym partnerstwie” z lilipucią Litwą i zbankrutowaną Ukrainą. Zwycięstwo Trumpa oznacza dla PiS-u utratę gruntu pod nogami, bo Trump spadku po neokonserwatystach nie przejmie. Słowa Trumpa: Najpierw zadbamy o nasz kraj, zanim będziemy się przejmować wszystkimi innymi, wystraszyły nie tylko waszyngtońskie elity. Przeraziły także te nad Wisłą. Przed Polską rysuje się nowa koniunktura i z Trumpem trzeba się ułożyć. Szkopuł w tym, że po naszej stronie do rozmów z nim zasiądą ci, którzy przejmują się wszystkimi innymi, a nie własnym krajem. Gdy Waszczykowskiemu zadano pytanie, czy ma swojego człowieka w sztabie Trumpa, odpowiedział bezradnie: Z tego co wiem, tam są Polacy, związani z Polonią. Trzeba będzie natychmiast uruchamiać wszystkie kanały. Szkopuł w tym, że jego kanały to Applebaumowie, a jego Polonia to Schnepf. Autor: Krzysztof Baliński
    Przed 11 stycznia - G. Soros, USA, CIA i sytuacja w Polsce
  • @AgnieszkaS 02:22:25
    Przed chwilą przedstawiono oświadczenie rządu Ukrainy iż winni są Polacy gdyż jest to odwet za zniszczenie pomnika UPA w Polsce. Podały to wszystkie stacje w tym TVP. Bardziej pokrętnego oświadczenia nie słyszałem. Równanie ofiar z oprawcami. Ale są i tacy którzy stwierdzą lub zasugerują z Sakiewiczem i jego niezalezna.pl, że to wina Rosjan... Idąc tym tropem można powiedzieć, że smog w Polsce to też Ruscy, tęgi mróz też, umowy śmieciowe również oni, niskie płace - a jakże tak samo, dziurawe drogi gminne i złom na drogach nie inaczej...Ten ohydny Putin nas wykończy tymi prowokacjami.
    Wysadzono pomnik ku czci ofiar UPA w Hucie Pieniackiej
  • @Jeremi 20:51:26
    Dobrze pamiętam jak w roku 2006 pewien polityk PiS powiedział: "Nigdy więcej żadnych układów z ludźmi o wątpliwej reputacji". A dwa dni później ten sam polityk podpisał układ z Samoobroną. A rok później PiS stracił władzę, na... 8 lat. Chyba nie muszę przedstawiać tego polityka, prawda? Ale jak ktoś jeszcze nie wie, bo ma totalną amnezję, to jego zdjęcie jest wklejone w komentowany artykuł. Jak ktoś wierzy w cuda, to niech dalej wierzy, tyle, że niech się nie zdziwi widząc w lustrze totalnego frajera. PiS wplótł w plan budżetu na przyszły rok dotacje z UE i to w ogromnej kwocie. Ich brak, to de facto bankructwo Polski. I dlatego PiS, choć teoretycznie może wszystko, nie zrobi PO zupełnie nic, szanowni wielbiciele prezesa Kaczyńskiego. I dlatego Schetyna ma w „de” zaproszenia od PiS. I posłowie PO będą dalej blokowali salę obrad w Sejmie, całkowicie bezkarnie, choć to rzeczywiście „drastyczne łamanie prawa”. Ale na pewno nie tak drastyczne jak kradzież kromki chleba albo kawałka kiełbasy. Spróbujcie to zrobić, to wylądujecie w celi na 100%. Wiadomo, państwo prawa "dobrej zmiany"… Ktoś ma pretensje? A trzeba było zostać politykiem PO albo sędzią. To daje w III RP stały status "świętej krowy". I jak dotąd żaden „wielki” prezes nie ma dość odwagi aby to zmienić... Mylę się moi mili?
    KOD – żydowski kpiarz z polskim kpem
  • @topstopjuve 20:23:13
    A ja napiszę otwartym tekstem. I będę o tym pisać jeszcze wielokrotnie, gdy będzie taka potrzeba. Mam dość opowiadania bajeczek przez Kaczyńskiego. Najpierw mówi o łamaniu prawa przez zaprzańców (co wszyscy widzieli i wiedzą o tym), a za chwilę cały czas ględzi o kompromisie i porozumieniu? Okrągły Stół już raz mieliśmy w Magdalence. Mam dość wysłuchiwania kolejnych bajdurzeń i zapewnień o konieczności "kompromisów" i układania się ze zdrajcami, zaprzańcami i zwykłym bydłem. Ja się na to nie godzę i nie będę tego ukrywał. Następna wypowiedź J. Kaczyńskiego, której nawet przy najlepszych chęciach trudno zrozumieć: "opozycja drastycznie złamała prawo", a jednocześnie "nie ma innej drogi rozwiązania tego co się teraz dzieje niż porozumienie".
    Wyobraźmy sobie, że "drastycznie łamią prawo" m.in. złodzieje, bandyci, i.t.d. Czy aby rozwiązywać stawrzane przez nich problemy można jedynie przy pomocy porozumienia z nimi??? To już nawet lewicowy politolog prof. Kik oceniając przestępstwa tzw. "opozycji" stwierdził, iż czasem tęskni za kimś formatu Piłsudskiego w polskiej polityce (razem ze wszystkimi tego konsekwencjami dla "opozycji")
    KOD – żydowski kpiarz z polskim kpem
  • @topstopjuve 20:23:13
    http://niezalezna.pl/91962-prezes-j-kaczynski-o-okupacji-w-sejmie-drastyczne-lamanie-prawa#comment-4182690 Czyli Déjà vu Kaczyńskiego?
    "Nie ma innej drogi niż porozumienie".
    Porozumienie, to:
    1. "zgoda na coś"
    2. "wzajemne zrozumienie"
    3. "umowa, układ"
    Panie Kaczyński, porozumienie? Ale z kim? Z zdrajcami, kapusiami, z zaprzańcami, z przestępcami? No bo jeśli jest przestępstwo to i jest przestępca, a przestępców należy karać!!! Posłowie mają stanowić wzór przestrzegania prawa! W przypadku jego łamania powinni również być przykładnie ukarani przynajmniej w stopniu jaki dotyczy to każdego obywatela. Nie rozumiem dlaczego bezkarnie, totalna opozycja blokuje sejm wpisując się aż nadto wyraźnie w bezprawne działania mające na celu paraliż sejmu i zrywanie obrad. Czy to nie jest zdrada stanu? Panie Kaczyński ani jednego kroku w tył. Zniszczyć zdrajców i złodziei na usługach obcych służb.Rozgonić tą bolszewicko-pudlowatą mafię !!!!
    Dlaczego PiS idzie drogą na zatracenie - prof. Jerzy Robert Nowak komentuje aktualną sytuację polityczną w Polsce:
    https://www.youtube.com/watch?v=FLKnOudr7QY
    KOD – żydowski kpiarz z polskim kpem
  • @brian 14:38:06
    Czy wiesz, że jego "tatuś" - publicznie się go wyrzekł ? Gdyby kiedyś przed laty ówczesny prezydent nie załatwił sprawy z pomrocznością jasną jego losy mogłyby się potoczyć zupełnie inaczej, taki bolesny kopniak od życia mógłby to uczynić ! Jenak został niejako rozgrzeszony i utrwaliło się w nim poczucie bezkarności, i że tatuś to załatwi ! Wyrazy współczucia panie prezydencie, ale jest w tym sporo pana winy ! Mój ojciec był człowiekiem z zasadami, surowy ale sprawiedliwy, ale gdybym ja zrobił coś podobnego co Przemysław przed laty, to dołożyłby wszelkich starań abym poniósł jak najsurowsze konsekwencje tego uczynku. Drugi syn, Sławomir Wałęsa jest w ciężkim stanie psychicznym. Boi się skontaktować z ojcem, to wrak człowieka. Podkrążone oczy, obwisłe policzki. Czuć od niego alkohol. Problemy z nałogiem ma od wielu lat pisze mi rodzina z Gdańska.
    Nie żyje Przemysław Wałęsa.
  • @Andrzej Tokarski 12:14:51
    Podano już przyczynę śmierci Przemysława. Po nowemu nazywa się niezdrowy tryb życia, przekładając na nasze zapił się na śmierć dławiąc wymiocinami, czyli rzygowinami we śnie.
    Nie żyje Przemysław Wałęsa.
  • @Andrzej Tokarski 12:51:05
    Ksiądz Dobrodziej też człowiek, napić się musi, a człowiekowi napitemu i upitemu na swych pokojach trzeba pomóc tak po katolicku.
    Nie żyje Przemysław Wałęsa.
  • @Rzeczpospolita 12:40:29
    Wiesz, może po tym wypadku który spowodował, był przykładnie ukarany i leczony, zajęła by się nim rodzina, to żył by nadal.
    Nie żyje Przemysław Wałęsa.
  • @Rzeczpospolita 12:01:50
    Jestem katolikiem, Przemysław nie był osobą publiczną, więc żal mi młodego życia, a winię za wszystko ojca. Czytaj ze zrozumieniem.
    Nie żyje Przemysław Wałęsa.
  • @Andrzej Tokarski 12:14:51
    Pamiętam ile to razy u mnie w domu kolęda już o 17 się kończyła po poczęstunkach sp. już Ojca, a księdza dobrodzieja na moich sankach ministranci wieźli na plebanię ponieważ nie miał sił iść tak był "zmęczony" , a mróz był z -25-30. Sanki odstawiali następnego dnia.
    Nie żyje Przemysław Wałęsa.
  • @laurentp 23:22:57
    To jest ten pirat drogowy, który pijany prowadząc samochód rozjechał i trwale okaleczył kobietę. Okazało się, że to nie on był winien, a POmroczność jasna.
    Nie żyje Przemysław Wałęsa.
  • @Repsol 23:38:03
    2 żony z którymi był po rozwodzie. Mieszkał sam no i zapił się. Chyba on jeden, i jako jedyny nie mógł się pogodzić z faktem jakiego squrwysyna ma za ojca, to chyba też główny powód dlaczego tak chlał przez ostatnie lata ani nie spotykał się z Bolkiem, lecz wiedział również o "występach" swojej matki z kapciowym Mieczysławem Wachowskim i skutkiem tych występów czyli Jarkiem. Lecz tak to już niestety jest dla niektórych, że życie jest męczarnią a potem się umiera i nie każdy potrafi zachowywać się w życiu jak świnia. Choć podobno i on miał w swym życiu incydent z którego nie był dumny, to właśnie po tym nie chciał już żyć. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie! Był to nieszczęśliwy człowiek. Złe uczynki niech Mu Pan Bóg wybaczy, dobre wynagrodzi. Pokój jego duszy. Największą winę ponosi ojciec, który zamiast zająć się chorym synem, sieje zamęt w Polsce. Co może odczuwać dorosłe dziecko jak jego ojciec idzie do kościoła i zebrani wyzywają ojca od zdrajcy. Bolek przepłacił to wszystko wysoką ceną. Ciekawe, czy to chociaż da do myślenia, śmierć własnego syna.
    Nie żyje Przemysław Wałęsa.
  • Hilarka...
    Jak dobrze kojarzę to ona powinna siedzieć za handel ludźmi :) jest chyba sporo grupa Haitańczyków którzy by ją na pal nabili - sporo zaginięć i morderstw niewyjaśnionych. Prawniczka fundacji Clintonów uciekła z USA na Haiti gdzie angażowała się w pomoc ludności miejscowej ale po tym jak przekazał dokumenty na temat Fundacji ClintonÓw- Wikileaks została zamordowana, jeśli Clintonowa nie pójdzie siedzieć to trzeba uważać na to co się dzieje. Ponieważ dalej będą ze swoją fundacją na Haiti szukać organów...etc..
    CIA kontra Trump, czyli pojedynek do ostatniej kropli krwi